wtorek, 27 stycznia 2026

Sławatycze - Święto Jordanu

Święto Jordanu to jedno z największych świąt cerkiewnych  Kościołów wschodnich, obchodzone według kalendarza juliańskiego 6 stycznia (wg gregoriańskiego 19 stycznia), na pamiątkę chrztu Jezusa w Jordanie. Według nauk Kościoła wschodniego chrzest Chrystusa w rzece Jordan dał początek chrześcijaństwu i stał się fundamentem wszystkich tajemnic wiary. Święto zaczyna się w przeddzień  „drugim świętym wieczorem”, w nawiązaniu do Wigilii Bożego Narodzenia. W niektórych regionach znany był też zwyczaj wynoszenia po wieczerzy z domostwa snopów zboża, które od wigilijnego wieczoru stały w rogach izby. Ze słomy gospodynie wiły gniazda dla drobiu, a ziarnami karmiły kury, aby lepiej się niosły i były chronione przed drapieżnikami.

Pojechałam na Święto Jordanu do Sławatycz. W tym dniu wierni spotykają się w cerkwi na uroczystym nabożeństwie, a następnie święci się wodę. 




Wierni, wraz z kapłanem, po nabożeństwie udali się w wyznaczone miejsce w uroczystej procesji.  

Zarówno w cerkwi, jak i w czasie procesji oraz nad Bugiem, obrzędom towarzyszyły melodyjne cerkiewne pieśni śpiewane przez wiernych w języku starocerkiewnym, bardzo je lubię:)



Zgodnie z tradycją poświęcona powinna zostać woda żywa, płynąca. Jeśli wodę skuł lód, wykuwa się  przerębel w kształcie krzyża. Po odmówieniu modlitwy do Ducha Świętego, kapłan trzykrotnie zanurza w wodzie trzy płonące świece – symbol Trójcy Świętej oraz cerkiewny krzyż. Obrzęd zakończy się pokropieniem zgromadzonych poświęconą wodą.

 
Obrzędy odbyły się na Bugu. Na Bugu, nie nad Bugiem. Bug jest zamarznięty, cały pokryty grubym lodem, po którym bez obaw można chodzić.





 
Po poświęceniu wody wierni nabiorą jej w butelki i będą przez cały rok używać do obrządków religijnych. Zgodnie z tradycją, po powrocie do domu, gospodarz powinien obejść swoje gospodarstwo i pokropić je przyniesioną wodą. Niegdyś młode panny obmywały się trzykrotnie „jordanową wodą” dla urody i zmycia grzechów, a chłopcy i młodzi mężczyźni często kąpali się w przeręblu chcąc zapewnić sobie siłę i zdrowie. Teraz nikt na taką kąpiel się nie odważył przy 12-stopniowym mrozie:)










Muszę wspomnieć o tym, co mi się w tym wszystkim podobało: brak zadęcia i wymuszonej powagi. Grupa wiernych była niewielka, widać było, że prawie wszyscy się znają z batiuszką. W czasie celebracji było swobodnie i bez sztucznej pompy, tak blisko człowieka.

 
W trakcie obrzędu wypuszczone zostały trzy gołębie.



 
Obrzęd Jordanu zakończył się pokropieniem zgromadzonych poświęconą wodą, wierni z księdzem wrócili jeszcze na kilka minut do cerkwi, a ja zostałam nad Bugiem.







Temperatura minus 12 stopni nie pozwoliła na długie spacery, więc wróciłam do domu. Pierwszy raz widziałam obrzęd Jordanu i pierwszy raz w życiu oglądałam zamarznięty Bug:)
Na parkingu okazało się, że auta pilnował mi sympatyczny sławatycki kotek:)




Wracając, miałam krótkie spotkanie z łosiami. Dwa duże osobniki przebiegły mi drogę w odległości, która pozwoliła mi wyhamować, ale nie pozwoliła złapać aparatu i zrobić zdjęcia. Po przekroczeniu jezdni pan łoś pobiegł, a łosza zatrzymała się i zajrzała mi prosto w oczy przez szybę uważnymi mądrymi ślepiami:) Gdyby nie nadjeżdżające z tyłu inne auto i zaspy na poboczu, pewnie bym się zatrzymała, ale i tak wrażenie spotkania tak dużego zwierzęcia w bliskiej odległości było ekscytujące.

poniedziałek, 26 stycznia 2026

Polesie – cmentarz żołnierzy niemieckich

W Polesiu koło Puław (kierunek Radom) znajduje się jedyny na Lubelszczyźnie niemiecki cmentarz z okresu II Wojny Światowej, a na jego teren przywożone są szczątki ciał żołnierzy odnalezionych w regionie oraz na Mazowszu. Niemieckie cmentarze wojenne organizowane są na terenie naszego kraju na mocy traktatu o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy zawartym między Rzeczpospolitą Polską a Republiką Federalną Niemiec 17 czerwca 1991 roku. 


Ten cmentarz założony został w latach 1996-2000 przez Ludowy Niemiecki Związek Opieki nad Grobami Wojennymi (Volksbund Deutsche Kriegsgräberfürsorge). Związek zrzesza ponad milion członków. Aż 90 proc. jego działalności finansowane jest ze składek i darów. Resztę pokrywają publiczne środki federalne i niemieckich krajów związkowych. Teren pod jego budowę udostępnił rząd polski, zaś w utrzymaniu cmentarza pomagają młodzi ludzie z całej Europy, przybywający tutaj w czasie organizowanych obozów młodzieżowych.



Obecnie na cmentarzu spoczywa 21 000 ciał. Docelowo ma być na nim pochowanych 27 000 żołnierzy Wehrmachtu i SS, policjantów i urzędników administracji okupacyjnej. Większość z nich zginęła pod koniec wojny i wtedy zostali pochowani na terenach należących obecnie do  województw lubelskiego i mazowieckiego. Na życzenie rodziny, możliwe jest pogrzebanie szczątków w Niemczech, jednak zdarza się to raczej rzadko.








Na ogromnym terenie o powierzchni 3 ha rozmieszczone są w grupach po trzy krzyże. Na centralnym placu stoi kamienny krzyż, a otaczają go – także kamienne – tablice, na których wykuto nazwiska poległych. Zgodnie z porozumieniem napisy na grobach nie mogą informować o stopniach wojskowych i formacjach, do których należeli polegli. Na jednej z płyt czytam: „Poległym ku pamięci, żywym ku przestrodze”.

Największy niemiecki cmentarz wojenny w Polsce znajduje się na w Siemianowicach Śląskich. W ciągu ostatnich 30 lat złożono na nim szczątki niemal 40 tysięcy niemieckich żołnierzy, którzy zginęli na terenie Polski podczas kampanii wrześniowej 1939 roku oraz pod koniec wojny w latach 1944-1945. Według szacunków podczas II wojny światowej na ziemiach polskich poniosło śmierć około pół miliona Niemców. Takich miejsc jest w Polsce kilkanaście, ale na swojej drodze natrafiłam tylko na ten jeden, w Polesiu. 

sobota, 17 stycznia 2026

Czarnolas i Zwoleń - U Pana Jana Kochanowskiego

Do Czarnolasu wybierałam się co najmniej od trzech lat, ale jakoś nie było po drodze, choć to stosunkowo blisko, bo tylko 1,5-2 godziny jazdy samochodem. Kiedy z początkiem stycznia zawiało i zamiotło i strach było się wybierać w dalsze podróże, wpadłam na pomysł ruszyć śladem Jana Kochanowskiego. 

Strasznie tam płasko w tej okolicy, na tym Mazowszu:)

Poeta urodził się w Sycynie, ale tam już żaden istotny ślad po nim i jego rodzie nie został, więc zaczęłam od Czarnolasu. Wieś Czarnolas leży na Mazowszu, jest to wioska rolnicza, którą zamieszkuje niespełna 500 osób. Nawet nie jest samodzielnym sołectwem, a znana jest chyba każdemu, a przynajmniej powinna być - już w szkole podstawowej dzieci czytają fraszki i treny Kochanowskiego z Czarnolasu. Na granicy wsi Wygoda i Czarnolas gości wita kapliczka z 1936 roku.

W Czarnolesie po rodzie Kochanowskich został tylko teren. Drewniane zabudowania dworskie i gospodarcze dawno spłonęły i zniszczały.  Kiedy dworek Jana Kochanowskiego wzniesiony przez niego w 1560 roku spłonął w 1720 roku, Czarnolas został zakupiony za 90 tys. złotych polskich przez księcia Józefa Aleksandra Jabłonowskiego w  roku 1761, aby zachować pamięć o Janie Kochanowskim mimo, że fundator miał już 18 innych dworów. Jabłonowski pełnił wiele funkcji polityczno- społecznych, ale był także historykiem, bibliografem, heraldykiem, mecenasem sztuki, tłumaczem i poetą oraz założycielem Towarzystwa Naukowego Jabłonowskich. Bezskutecznie zabiegał o wykreślenie dzieł Kopernika z indeksu dzieł zakazanych. Z jego polecenia i jego sumptem wyszedł w roku 1772 w Paryżu  pierwszy atlas ziem polskich: Carte de Pologne.

Obecny dwór, zwany dworem Jabłonowskich, w którym mieści się muzeum Jana Kochanowskiego, to także nie jest ten postawiony przez księcia Józefa. Pobudowany został w XIX w. przez jego potomków. Leży na terenie dużego parku.





 
Jak widać, nad wejściem jest herb Jabłonowskich, a nie wrona Kochanowskich czyli herb Korwin.
Wrona Kochanowskich jest natomiast na żelaznych drzwiach z inicjałami rodu pochodzących prawdopodobnie ze skarbca znajdującego się w spalonej w 1720 roku rezydencji Kochanowskich.



Wśród najcenniejszych eksponatów można zobaczyć dębowy fotel, także z herbem Korwin, obity skórą w ozdobne tłoczenia, który według tradycji należał do poety, ale oczywiście jego obicie pochodzi z wieku XVIII.



Interesujący jest też dokument potwierdzający, że Jan Kochanowski studiował czyli Księga Metrykalna Uniwersytetu Jagiellońskiego z 1544 roku z wpisem, że opłacił czesne w wysokości... 3 groszy:) Kochanowski był bardzo wykształcony, oprócz UJ studiował także na uniwersytetach w Królewcu, w Padwie i Bolonii.


W muzeum jest wiele drzeworytów, mebli, obrazów - w większości są to kopie, jak na przykład ta kopia obrazu Matejki. Oryginał zaginął, zachował się tylko szkic i powstała na jego podstawie kopia.



 
Obraz przedstawia nieutulonego w żalu poetę podtrzymującego ciało zmarłej córki Urszulki.

Ciekawymi eksponatami są stare księgi z epoki: "O naprawie Rzeczypospolitej" Jana Frycza Modrzewskiego (wyd. 1610 w Bazylei) oraz starsza, bo wydana w 1554 "Z dziejów Polski do 1505 roku" Marcina Kromera.



Gobeliny w Muzeum są współczesne, utkały je:
-  Anna Urbanowicz-Krowacka



-  Danuta Paprowicz-Michno


-  Jolanta Owidzka


 
i kilka innych...





Piękny stół...
Eksponaty znajdują się w pięciu salach, za 5 pln można wypożyczyć audioprzewodnika, warto.

Na terenie muzeum jest kilka rzeźb przedstawiających poetę.

  
Głowa poety we wnętrzu autorstwa Ksawerego Dunikowskiego. Niżej rzeźba przy wejściu do kaplicy, na zewnętrznych schodach.

 
Najbardziej znana jest rzeźba Jana Kochanowskiego na skwerze naprzeciwko muzeum



Współczesna rekonstrukcja XVIII-wiecznej oficyny Raczyńskich, ówczesnych właścicieli majątku.
 
W budynku muzeum jest jeszcze ekspozycja w podpiwniczeniu. Postaci przedstawiają członków tzw. Rzeczpospolitej Babińskiej, stowarzyszenia założonego w Babicach koło Lublina przez ówczesnych intelektualistów. Od prawej: Stańczyk, Marcin Bielski, Jan Kochanowski, Mikołaj Rej i Jan Firlej...


 
Przy stole siedzą Mikołaj Dzierzkowski i Jan Frycz Modrzewski.



Za dworem, w miejscu, gdzie odnaleziono fundamenty starego dworu, w ich obrębie, Teresa Jabłonowska  w latach 1826-1846 ufundowała neogotycką  kaplicę.




A w środku barwne witraże sprawiają, że świat wygląda jak widziany przez różowe okulary, choć to przecież kaplica grobowa. Tu leży księżna Teresa Jabłonowska, jej syn Władysław z żoną Ludgardą.




  
Za kaplicą na terenie parku miejsce, w którym rosła słynna lipa zostało uhonorowane przez Jabłonowskich kamiennym sarkofagiem upamiętniającym Urszulkę, zmarłą córeczkę poety oraz obeliskiem ku pamięci bratanka Jana Kochanowskiego - Piotra, a także wielkim głazem, który każdemu, kto na nim przysiądzie, podobno daje natchnienie poetyckie.




No, ale co z tą Urszulką ? Współcześnie historycy kłócą się o to, czy w ogóle istniała. Nie ma jednoznacznych dowodów, żadnych zapisów w dokumentach historycznych, które potwierdzałyby jej istnienie - poza poezją Kochanowskiego. W domniemanym okresie jej krótkiego życia istniał narzucony przez sobór trydencki obowiązek rejestracji narodzin i chrztów. Niestety, nie ma żadnego takiego dokumentu, także nie ma w księgach potwierdzenia zgonu. Są literaturoznawcy, którzy twierdzą, że Kochanowski nie pisał trenów przez kilka czy kilkanaście miesięcy, jak to jest ogólnie przyjęte, lecz stopniowo i zaczął już około 1570 roku czyli na pięć lat przed domniemanym urodzeniem się Urszulki. Istnieją również teorie, że Urszulka mogła być symbolem utraconego szczęścia i nadziei, a niekoniecznie konkretną osobą. W literaturze renesansowej i barokowej często używano postaci symbolicznych do wyrażania uniwersalnych emocji i doświadczeń, takich jak żal po stracie bliskiej osoby.


W 2018 roku archeolodzy natrafili w Świeciechowie Poduchownym koło Annopola (stąd pochodziła żona Kochanowskiego) na cmentarz z XVI-XVII w. Wśród szczątków około 100 osób odnaleziono dziecięcy szkielet, którego datowanie pochówku odpowiadałoby mniej więcej śmierci Urszulki Kochanowskiej. Przy szkielecie znaleziono korale i dwa sygnety. Sprawę mogłyby wyjaśnić badania DNA, ale nie ma materiału porównawczego. Domniemana czaszka poety Jana Kochanowskiego znajdująca się z zbiorach Muzeum Czartoryskich w Krakowie okazała się być czaszką kobiety. W rodowej krypcie Kochanowskich w kościele pw. Podwyższenia Krzyża Św. w Zwoleniu doczesne szczątki rodziny są tak przemieszane, że właściwie nie wiadomo do kogo należą. Stało się tak, gdyż zgodnie z carskim ustawodawstwem z początku XIX wieku, szczątki rodziny Kochanowskich zostały usunięte z kościoła i pochowane w pobliżu świątyni, a później znów przeniesione do krypty.

Jadę więc do Zwolenia, aby zajrzeć do tej krypty:)





Akurat pani sprzątała kościół, więc dość niechętnie wpuściła mnie do krypty.



Kochanowski zmarł 22 sierpnia 1584 roku w Lublinie, prawdopodobnie na udar mózgu w kamienicy Macieja Krokiera, bogatego kupca lubelskiego lub w domu Mikołaja Firleja.  Najpierw ciało poety zostało pochowane w Lublinie, a po roku żona przewiozła je do kościoła w Zwoleniu. W kwietniu 1791 roku Tadeusz Czacki (m.in. współtwórca Konstytucji 3 Maja) wyjął czaszkę Kochanowskiego z trumny, a następnie przechowywał ją przez pięć lat w swojej posiadłości. W 1796 roku przekazał czaszkę księżnej Izabeli Czartoryskiej, która dołączyła ją do zbiorów powstającego muzeum w Puławach. Po upadku powstania listopadowego czaszkę przewieziono do Paryża do hotelu Lambert. Obecnie znajduje się w Muzeum Czartoryskich w Krakowie, dokąd została zabrana po 1874 roku. Jednak według antropologów jest to czaszka kobiety. 

Kościół w Zwoleniu pochodzi z XVI wieku, kilka razy był przebudowywany. Gruntownie został wyremontowany w 1979 roku i teraz wygląda wewnątrz tak:









"Dziś bądź wesół, dziś użyj biesiady,
o przyszłym dniu niechaj próżnej rady, 
Już to dawno bóg obmyślił w niebie,
A k'tej radzie nie przypuszczą Ciebie"

 fragment pieśni XX "Miło szaleć kiedy czas po temu"