wtorek, 20 lutego 2024

Skarby prowincji - Izbica i okolice

Ponure lutowe dni nie sprzyjają wycieczkom, ale ile można siedzieć w domu... Ruszyłam więc w teren trasą, którą przejeżdżałam kilkadziesiąt razy, ale nigdy się nie zatrzymałam. Oto rzeka, oto most... jak setki innych ? Otóż nie, to prawdopodobnie jedyne miejsce w Europie, a może i na świecie, gdzie krzyżują się cztery szlaki komunikacyjne: dołem płynie rzeka (Wolica), nad rzeką przebiega droga krajowa nr 17, nad nią linia kolejowa, a ponad nimi szlak lotniczy:) Akurat żaden samolot nie leciał, ale wierzę, że tak jest, gdyż mieszkając w linii prostej niecałe 30 km dalej, codziennie obserwuję z tego kierunku lecące samoloty jednej z tanich linii lotniczych:) Też mieszkam na ich szlaku:) 

To miejsce jest w Wólce Orłowskiej, 4 km od Izbicy.


W okolicy zauważyłam stylizowany znak muszli wyznaczający szlak Jakubowy, więc udałam się w kierunku, jaki wskazuje. Wiem, że oficjalny odcinek Lubelskiego Szlaku Jakubowego nie prowadzi tędy, zresztą znak jest domowej roboty, ale fajnie, że ktoś go ustawił, bo prowadzi do kościoła św. Kajetana w Orłowie Murowanym. Wezwanie otrzymał od imienia ostatniego właściciela dóbr orłowskich i głównego fundatora, Kajetana Kickiego, który uczynił zapis testamentowy na ten cel.


 
Kościół położony jest na wysokim wzgórzu, poza wsią. Zbudowany jest z opoki kamiennej, wygląda pięknie. Do środka nie weszłam, bo już zaczęła się msza i nie chciałam przeszkadzać, ale wiem, że jego ściany zdobią płótna autorstwa właściciela pałacu w Stryjowie hrabiego Feliksa Smorczewskiego, do którego majątku także zamierzam się udać. Zresztą przyjadę tu jeszcze pociągiem, wiosną lub latem, z rowerem, to obejrzę. Kościół znajduje się bowiem na trasie pieszo-rowerowej ścieżki przyrodniczo-historycznej o nazwie „Stryjowskie debry”. Debry to bruzdy terenowe, rodzaj wąwozów, występujące na stokach, a powstałe w wyniku erozji, jest ich w okolicy wiele.



Wróćmy do kościoła. Jak pisałam wyżej, wezwanie otrzymał od imienia ostatniego właściciela dóbr orłowskich i głównego fundatora, hrabiego Kajetana Kickiego. Budowa kościoła została zrealizowana zgodnie z jego testamentem, ale sam zapis wywołał spore poruszenie w rodzinie - Kicki przekazał cały majątek organizacji filantropijnej. W archiwum kościoła osławiony testament znajduje się w oryginale. W nim życzy sobie Kajetan być pochowany w Orłowie.  Nie udało się jednak wypełnić woli hrabiego dotyczącej pochówku, pomimo starań współczesnych mieszkańców okolicy o przeniesienie prochów z Sobieszyna, który zawłaszczył sobie hrabiego. O tym pisałam TUTAJ , a jest to bardzo fascynująca historia.


W Orłowie Murowanym znajduje się także zespół pałacowo-parkowy wybudowany w 1842 roku dla Kajetana hrabiego Kickiego (Kiccy byli właścicielami Orłowa od końca XVIII wieku), najprawdopodobniej według projektu Henryka Marconiego. Pałac nie został wykończony (miał być połączony z oficynami oszkloną kolumnadą, pełniącą funkcję zimowego ogrodu) i już za życia fundatora był w złym stanie. W1878 roku Kajetan Kicki zapisał majątek w testamencie Towarzystwu Osad Rolnych i Przytułków Rzemieślniczych. W myśl zapisu pałac miał zostać wykończony i przeznaczony na muzeum z bezpłatnym wstępem. Rada towarzystwa zarządzała majątkiem aż do II wojny światowej. W 1940 przeszedł on pod zarząd niemiecki, po wojnie został przejęty przez Skarb Państwa. W pałacu umieszczono szkołę podstawową, a w oficynach ośrodek zdrowia i urząd pocztowy. Obecnie zagospodarowana jest tylko prawa oficyna (mieści się tu przychodnia), pałac jest w rękach prywatnych.




Zachowane pozostałości dawnego założenia parkowego (z okazami starych drzew, między innymi modrzewi) pochodzą zapewne z 1. połowy XIX wieku, rezydencja była jedną z najokazalszych w okolicy rezydencji ziemiańskich. Uwiecznił ją w rysunkach m.in. M. E. Andriolli.

W okolicy znajdują się także resztki ruin starego zamku z XV w darowanego przez Jagiełłę Trojanowi h. Junosza za zasługi w walce z Krzyżakami. Teraz istnieją już tylko resztki ruiny bastionowych umocnień, pozostałości fosy i wału ziemnego położone na prywatnej posesji, a więc niedostępne. 

Udałam się zatem do pobliskiego Stryjowa obejrzeć inne ruiny. Murowany pałac w Stryjowie pierwotnie był parterowym dworem, wybudowanym zapewne na początku XIX wieku przez Jana Świeżawskiego. Na przełomie XIX i XX wieku rozbudowali go Smorczewscy (od 1879 właścicielem majątku był Medard Adolf Smorczewski). Klasycystyczny dwór przekształcili na neogotycko-renesansowy pałac. Założyli też romantyczny park. Przy wjeździe do rezydencji wzniesiono neogotycką kordegardę o cechach zameczku z basztą. Zostało z tego niewiele.


Adolf Smorczewski zapisał Stryjów młodszemu synowi Feliksowi. Chciał on odmienić majątek i nadać mu romantycznego charakteru. Świeżo po ożenku z córką Władysława Czyżewskiego i Antoniny ze Swieżewskich z pobliskiej Tarnogóry, prawnuczką Józefa, generała z okresu Księstwa Warszawskiego, wzniósł nowe stajnie, chlewy i obory, odnowił i wyposażył gorzelnię. Dokończył dzieło ojca i dobudował skrzydło zachodnie. Pałac murowany z cegły i otynkowany, frontem skierowany był na wschód. Składał się z trzech połączonych ze sobą prostokątnych budynków. 


 
Środkowy pawilon poprzedzał niewielki przedsionek z ostrołukowymi otworami okien i wejść. Pokoje reprezentacyjne otrzymały parkietowe posadzki, barwne obicia ścienne oraz obramowania drzwi o reliefach neorenesansowych w nadprożach. Po stronie prawej hallu znajdował się prostokątny salon zwany od koloru odbicia ścian - niebieskim. Pomieszczenia znajdujące się na piętrze służyły jako pokoje gościnne. 






Zdjęcia czarno-białe (źródło: fotopolska.eu) pokazują wygląd pałacu i jego wnętrze w 1920 roku.

W 1945 roku Smorczewscy wyemigrowali do Wielkiej Brytanii, a pałac wkrótce potem został zaadaptowany na szkołę i częściowo wyremontowany. Po wyprowadzce szkoły budynek niszczał, obecnie jest już w stanie zaawansowanej ruiny. W jednej z części pałacu urządzono gospodę, a potem sklep. Do około połowy lat 60. XX wieku pałac był w dobrym stanie, później po zlikwidowaniu sklepu i braku użytkownika był stopniowo dewastowany. Od lat 80-tych teren należy do spadkobierców Smorczewskich i niszczeje.

Przez lata niszczał też park, a stawy zarosły. Do majątku należała też kaplica, ale przez błotne trzęsawisko nie udało mi się dojść do niej od strony pałacu, więc objechałam wieś naokoło i dotarłam pieszo przez pola obok historycznych zabudowań dworskich.



Kaplica pałacowa miała być miejscem spoczynku ostatniego właściciela majątku Stryjów, Feliksa Smorczewskiego. Feliks był gruntownie wykształconym prawnikiem, po studiach w Pradze, Rzymie i Krakowie, rozmiłowany w sztuce, a zwłaszcza w malarstwie historycznym i pejzażu. 
Najwięcej tworzył w latach 1908-1914. podczas pobytu wraz z żoną w Paryżu. Zajął się tam studiami malarskimi. Za namową malarza Zoe, z którym zaprzyjaźnił się w czasie nauki, wystawił kilka prac w „Salon des Artistes Francais". Najlepszym uznano jego obraz przedstawiający odpust w Tarnogórze. Większość zachowanych obrazów jest dzisiaj w domu hr. Rafała Smorczewskiego w Londynie.

Kaplica powstała w latach czterdziestych XX wieku. Autorem projektu był Stanisław Podszelężny. A bo po wojnie Smorczewscy do Stryjowa na chwilę wrócili! Cały okres wojenny rodzina Feliksa spędziła we Lwowie u siotry Zofii, Róży. Niestety, po wojnie, gdy powrócili do majątku w Stryjowie, zastali go całkowicie zdewastowanym. Postanowili go ponownie odbudować. Feliks w okolicach Stryjowa poznał utalentowanego w renowacjach i rekonstrukcjach samouka Stanisława Poszelężnego, który pomógł w odbudowie majątku. Niedługo po odnowie, gdy gospodarka przeżywała kryzys, Feliks przekazał majątek synowi Władysławowi, który odziedziczył również Tarnogórę po wuju Stanisławie Czyżewskim. W wyniku reformy rolnej, rodzina Smorczewskich musiała opuścić swoje majątki, w tym pałac w Stryjowie, resztę wiemy.

Grobowiec został usytuowany na wschód od pałacu, nad stawem ogrodowym. Fasadę utrzymano w stylu neoromańskiej kaplicy, założonej na planie prostokąta. Uwagę zwraca portal z czterema kolumnami bogato ozdobiony przepięknym misternym ornamentem. Na ścianie kaplicy (w poziomie cokołu) umieszczono tablicę z czarnego marmuru z napisem: „Kto był Ojcem i Matką, a stracił ostatniego syna, pojmie ich ból”.





Ponieważ kaplica jest "młoda", to nie ma rangi zabytku, więc nikt o nią nie dba. Zawaliło się na nią drzewo, ciekawe, jak długo mury przetrwają...

 
Opuściwszy Stryjów udałam się do Izbicy. Zaraz na wjeździe, przy ostrych zakrętach, znajduje się niepozorne wejście na cmentarz żydowski.  W Polsce często można się spotkać z określeniem „kirkut”.
Jego etymologia bierze się od niemieckiego (nie jidyszowego) dialektalnego słowa Kirchkot. To z kolei pochodzi od Kirchhof („cmentarz przykościelny”) z końcówką „-kot” co znaczy „błoto”. Słownik wyrazów obcych PWN zaznacza, że etymologia tego słowa ma wydźwięk obraźliwy. Sami Żydzi (np. instytucje żydowskie) często zwracają uwagę, żeby nie używać tego określenia związanego z Kościołem (do którego zmarli wszakże nie należeli) oraz kojarzącego się negatywnie.


Izbica była miasteczkiem wyróżniającym się pod względem liczby mieszkających tu Żydów. W 1939 roku stanowili oni ponad 90% mieszkańców (4700 osób). Od 1941 roku Żydom nie wolno było poruszać się po mieście, które stało się tzw. gettem tranzytowym, gdzie byli kierowani Żydzi z Protektoratu Czech i Moraw, Rzeszy i Austrii. Polscy Żydzi, mieszkańcy Izbicy, mieli „ustąpić miejsca” Żydom zza granicy, co oznaczało deportacje do obozów zagłady w Bełżcu, a potem też w Sobiborze.  Rankiem 24 marca 1942 roku w ramach rozpoczynającej się akcji „Reinhardt”  do obozu zagłady w Bełżcu wywieziono 2200 osób. Kilkudziesięciu Żydów zostało zastrzelonych na miejscu. Ciała ofiar pogrzebano na miejscowym cmentarzu żydowskim. Deportacje odbywały się pod nadzorem oficerów ukraińskich z obozu szkoleniowego SS  w Trawnikach, Po „akcji” utworzono w Izbicy tzw. getto tranzytowe. Liczba żydowskich mieszkańców Izbicy znacznie zmalała. Mieszkania opustoszały, synagoga zaczęła pełnić funkcję magazynu, gdzie składowano zagrabione mienie deportowanych. Getto natomiast było przeludnione, panowały tam bardzo trudne warunki sanitarne oraz głód. Jedynie garstka ludzi miała możliwość zdobycia jedzenia, ze względu na przymusową pracę w majątku Tarnogóra lub też w jednym z dwóch obozów pracy: Augustówce albo Bzite. Od października do listopada zwieziono tu kilka tysięcy Żydów z Krasnegostawu, Żółkiewki i Turobina, a także z miejscowości powiatu zamojskiego. Ostatni Żydzi z Zamościa i Krasnobrodu zostali pognani do Izbicy pieszo. Marsze przebiegały bardzo brutalnie. Sprowadzono tu także Żydów z Gorzkowa. W sumie było około 6000 osób.

Wielka akcja deportacyjna w Izbicy rozpoczęła się 19 października 1942. Akcja została przeprowadzona bardzo brutalnie. Około 500 osób rozstrzelano na łące, w pobliżu stacji kolejowej. Naziści zlikwidowali ochronkę i zamordowali wszystkie przebywające w niej dzieci. Pozostałych Żydów, około 5000 osób w dniach 22–30 października wywieziono do obozów zagłady w Sobiborze i Bełżcu. Ostateczna likwidacja getta miała miejsce 28 kwietnia 1943. Ostatnich 200 Żydów załadowano do ciężarówek i wysłano do Sobiboru. Zgodnie z szacunkami przez getto tranzytowe w Izbicy przeszło od ponad 20 000 do 26 000 Żydów.

Spośród zamieszkujących Izbicę przed wojną 4000 Żydów, wojnę przeżyło najprawdopodobniej kilkadziesiąt osób.




Cmentarz żydowski zlokalizowany jest przy ul. Fabrycznej, na wzgórzu. Został zniszczony przez Niemców podczas wojny i przez Polaków po jej zakończeniu. Macewy wykorzystane zostały m.in. do budowy więzienia Gestapo. Po rozebraniu budynku wróciły na teren nekropolii. W latach 60. i 70. XX w. na cmentarzu wzniesiono obelisk i 3 symboliczne obrysy masowych grobów upamiętniające ofiary Zagłady. Obelisk z wyrytymi tablicami Dziesięciu Przykazań zawiera inskrypcję:
"Wiem bowiem, że Odkupiciel mój żyje, a w Dzień Ostateczny powstanę z ziemi. Błogosławionej pamięci najdroższych Rodziców Mariem i Mendla Griner, Sióstr Szandli i Sury oraz wszystkich Żydów zamordowanych na tym cmentarzu w listopadzie 1942 roku przez hitlerowskich gwałcicieli Przykazań Bożych pomnik ten poświęcają wdzięczni Bogu za ocalenie ks. Grzegorz Pawłowski (Jakub Hersz Griner) – Polska, Chaim Griner – Izrael".





Ksiądz infułat Grzegorz Pawłowski (prawdziwe nazwisko Jakub Hersz Griner) to Żyd ocalały z Zagłady, który został katolickim duchownym. Urodził się 23 sierpnia 1931 r. w Zamościu, jego rodzicami byli Mendel i Mariem. Podczas wojny Jakub Hersz stracił rodziców i rodzeństwo. Przebywał w getcie w Izbicy, później błąkał się po okolicznych miejscowościach, znajdując schronienie między innymi u rodziny Bajaków i Kuronów.
Po zajęciu Lubelszczyzny przez Armię Czerwoną chłopiec trafił do zakonnego domu dziecka w Tomaszowie Lubelskim, gdzie został ochrzczony. W 1952 r. rozpoczął naukę w seminarium duchownym, sześć lat później został księdzem.
Ukrywanie żydowskiej tożsamości wywoływało u Grzegorza Pawłowskiego poczucie winy. W 1966 r. publicznie ogłosił, że pochodzi z żydowskiej rodziny. W 1970 r. ks. Grzegorz Pawłowski wyemigrował do Izraela, pełnił posługę kapłańską w Jaffie. Był poetą. Historię swojego życia zawarł w książce „Sługa Mesjasza”. W 2012 r. został Honorowym Obywatelem Puław, a w 2018 r. podobny tytuł nadała mu Rada Miasta Lublina.



W 1995 r. na cmentarzu odbudowano ohel cadyka Józefa Mordechaja Leinera. Oglądałam w strugach ulewnego deszczu.






Na skwerku przy ul. Lubelskiej naprzeciwko cmentarza żydowskiego stoi pomnik w hołdzie pamięci żydowskich ofiar Holokaustu z inskrypcją: "Żydowskim mieszkańcom Frankonii, którzy w roku 1942 zostali na Lubelszczyznę deportowani i tu zamordowani". został ufundowany przez gminy Frankonii z Niemiec.

A na skwerze przy rynku kolejny wysyp pomników:) Jeden z nich poświęcony Janowi Karskiemu, napis głosi: Pamięci Jana Karskiego (właściwie Jana Kozielewskiego) który jako emisariusz polskiego państwa podziemnego w październiku 1942 roku przedostał się do getta-obozu tranzytowego w Izbicy skąd wywożono Żydów do niemieckich obozów zagłady w Bełżcu i Sobiborze. Raport naocznego świadka procesu ludobójstwa Żydów został następnie przekazany przywódcom Wielkiej Brytanii oraz Stanów Zjednoczonych. Jego misja weszła do historii. W 1998 roku został za nią nominowany do Pokojowej Nagrody Nobla.


Niżej ciekawostka: tablica pamiątkowa poświęcona Antoniemu Norbertowi Patkowi, która znajduje się przed remizą we wsi Piaski Szlacheckie. Patek tutaj się urodził. UWAGA. W internetach jest bardzo często błędnie powielana jest informacja, że Patek pochodzi z Piask koło Lublina, zwanych Luterskimi, ale to nieprawda. Pochodzi z Piask Szlacheckich w okolicach  Izbicy.



Obok pomnika umieszczono też tablicę informującą o kolejach losu Antoniego Patka


Cmentarz żydowski w Chorupniku. Macewy nie zachowały się.


Korzystałam z info na TeatrNN oraz z jednej takiej strony internetowej prowadzonej w Izraelu, która jest tak bardzo antypolska, że żaden znany mi akt antysemicki w Polsce jej nie dorówna, więc nie będę jej tu reklamować - korzystałam z niej niewiele:)

wtorek, 23 stycznia 2024

Zamek w Łańcucie

Zamek w Łańcucie jest piękny, wnętrza są piękne, zbiory też, jest jednak pewne "ale". Poniedziałek jest dniem wyjątkowym, bo muzeum jest dostępne bezpłatnie, o czym nie wiedzieliśmy. Zatem początkowo myśleliśmy, że to dlatego nie ma żadnych przewodników - coś za coś. Od obsługi jednak dowiedzieliśmy się, że pracowników w roli przewodników w ogóle na zamku nie ma, bywają tylko wynajęci dla grup. Nie ma też audioprzewodników. Na stronie zamku czytamy: "Zwiedzanie odbywa się z audioprzewodnikiem stacjonarnym (komunikaty głosowe emitowane przez system głośnikowy Muzeum)". Wczoraj i ten system nie działał, ale już sam ten pomysł jest słaby, to nie na dzisiejsze standardy. Zwiedzających było mało, w końcu poniedziałek i nie sezon. Nieliczni goście wpuszczani są małymi grupkami, za nimi kroczy milczący pracownik porządkowy i pilnuje, żeby niczego nie dotykać. Początkowo czuliśmy się nieco popędzani, ale w końcu postanowiliśmy iść własnym tempem nie zwracając uwagi, że ktoś nam depcze po piętach, bo trzy inne osoby zwiedzające poszły szybciej i  nie wiedzą kogo pilnować - a niech sobie pilnują, jak potrafią. W innych zamkach w każdej sali jest pracownik, który przebywa tam cały czas, a nie idzie po piętach zwiedzającemu, i też pilnuje, ale dyskretnie. Tu jest jedna osoba na grupkę i zamyka pochód oraz drzwi. 


To co mi się nie podobało, to brak jakiejkolwiek żywej rośliny w całym pałacu, z wyjątkiem skrzydłokwiatów przy schodach. No i brak podpisów pod eksponatami, człowiek patrzy i nie wie na co. Brak podpisów na drzwiach sal. Wyraźnie brak tu gospodarza, a przecież od 2 listopada jest tu nowy dyrektor, mianowany jeszcze przez niejakiego ministra Glińskiego. Tym dyrektorem jest pan Piotr Szopa, doktor nauk humanistycznych w zakresie historii. Od 2005 r. zawodowo związany był z rzeszowskim oddziałem IPN, a od 2018 r. zajmował stanowisko Naczelnika Oddziałowego Biura Upamiętniania Walk i Męczeństwa IPN w Rzeszowie. W niedalekiej przeszłości zasłynął tym, że w ramach prowadzonych przez siebie działań likwidował kolejne upamiętnienia żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego czy funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej, którzy zginęli w walce z formacjami ukraińskich nacjonalistów. Np. na polecenie IPN z pomnika upamiętniającego poległych i pomordowanych w walkach z OUN-UPA w Lesku usunięto piastowskiego orła. Z głazu przy pomniku usunięto tablicę z nazwiskami milicjantów poległych w walkach z banderowcami. Jak podają lokalne media, część mieszkańców Leska negatywnie odebrała takie potraktowanie pomnika. Burmistrz Leska tłumaczył, że miasto musiało wykonać decyzję IPN, w przeciwnym wypadku zostałby on wyburzony. Usunięcie orła i tablicy było wymogiem pozostawienia pomnika. Wówczas podawano, że obiekt ma zostać poddany renowacji i docelowo miałby zostać poświęcony ofiarom UPA. Według informacji upublicznionych przez prof. Zapałowskiego, sprawa dotyczy także m.in. pomnika w rejonie Nakła w gminie Stubno, poświęconego milicjantom, którzy w 1945 roku „zmagali się z Armią Czerwoną, która wspierała UPA w tamtych rejonach”. Dr Szopa wnioskował o jego rozbiórkę. Historyk pisał też, że „przeszkadzała mu nawet tablica z nazwiskami żołnierzy w Łubnem ". 

Zobaczymy, jak pan dyrektor poradzi sobie z zarządzaniem Zamkiem w Łańcucie, na razie niczego dobrego nie widać, ale minęły dopiero 2,5 miesiąca jego rządów. Entuzjazmu wśród pracowników też jakoś nie widać.

Historia zamku w Łańcucie sięga XVI wieku, kiedy to rodzina Pileckich wzniosła w tym miejscu pierwszą wieżę obronną. W XVII wieku przebudował ją ród Stadnickich, ale prawdziwego znaczenia Łańcut nabrał w XVII wieku za panowania Lubomirskich. Za Stanisława Lubomirskiego do zamku dobudowane fortyfikacje bastionowe (1629-1642), a obiekt stał się tzw. ,,palazzo in fortezza”. Wraz z przemijającą modą, zmieniał się również charakter samej budowli oraz jej otoczenia. Księżna Izabela Lubomirska w XIX wieku przekształciła zamkowe bastiony w założenie ogrodowe, a pozostałości parku angielskiego możemy oglądać do dziś.

Do Łańcuta zapraszano znane osobistości, a właściciele stali się mecenasami i miłośnikami sztuki. Pod koniec XVIII wieku Łańcut stał się jedną z najwspanialszych rezydencji w Polsce, dlatego też tak cenne są zachowane w znacznej części oryginalne wnętrza i ich wyposażenia. Zamek w Łańcucie przetrwał II wojnę światową bez większych strat. Całość gruntownie odnowiono w 2016 roku.



Z zachwytem oglądałam piękne kaflowe piece, w reóżnych kształtach i kolorach.



Ten wazon zdobiony jest prawdziwym złotem.









Pokój kąpielowy z pięknym piecem, a i tak podobno temperatura w pałacu w czasie, gdy mieszkali tu ostatni właściciele wynosiła 13 stopni!







2 x wyżej - naczynia łazienkowe
niżej - naczynia kuchenne





Wyżej - szafa kredensowa na zastawę w oryginalnym kształcie
Niżej - pięknie zdobione drzwi do pokoju kredensowego



Ten gość na portrecie to Stanisław Stadnicki. Był znany z gwałtownego charakteru. W 1586 roku przejął za długi od Anny Sienińskiej Łańcut, który zamienił w koszary, budząc postrach chłopów i szlachty. W łańcuckim lochu trzymał ponoć setki więźniów, których torturował osobiście i wydawał innym na tortury. Palił, mordował i politykował. Był posłem, a w roku 1606 przyłączył się do rokoszu Zebrzydowskiego, kiedy to szlachta zbuntowała się przeciwko królowi Zygmuntowi III Wazie. Przełomowa okazała się bitwa pod Guzowem, gdzie Stadnicki był jednym z dowódców. 5 lipca 1607 roku wojska królewskie pokonały rokoszan, ale jednocześnie zbuntowana szlachta zmusiła króla do ustępstw i to do tego stopnia, że Zygmunt III Waza zagwarantował nietykalność rokoszanom. Stadnickiego to niewiele obeszło. Wdał się w wojnę szlachecką z Opalińskim, któremu ukradł... karła:) Pierwsze starcie miało miejsce pod Łukowem w listopadzie 1607 roku i wygrał je Stadnicki. Diabeł z Łańcuta poszedł za ciosem i następnie splądrował zamek w Łące. Opaliński poczekał aż śniegi zejdą i uderzył w odwecie - zajął łańcucki zamek i puścił go z dymem. Uwolnieni z lochów więźniowie brali odwet na kim popadło, plądrując okoliczne wsie. W Rzeczpospolitą poszło powiedzenie, że „Opaliński diabła pobił, a piekło spalił”. Stanisław Stadnicki uciekł swojemu wrogowi, chroniąc się na zamku w Rybotyczach u swojego brata Marcina, zaczął ściągać do Małopolski żołnierzy z Węgier, odbudował swoją armię i najechał dobra Opalińskiego w odwecie, ale jednocześnie przekonywał króla, że jest człowiekiem, który nawrócił się na drogę cnoty  i nawet publicznie odczytał przeprosiny za swoje grzechy. Uzyskał przebaczenie, ale wezwano go przed Trybunał Koronny w Lublinie, gdzie pojawił się z oddziałem i zaatakował gospodę, w której przebywał Opaliński. Trybunał zatem nakazał wydalenie Stadnickiego z miasta, a ten wyjechał na Węgry. W tym czasie Opaliński, nie czekając aż Diabeł wróci z wojskiem, w lipcu 1610 roku pojmał żonę i dzieci Stadnickiego, najeżdżając jego majątek w Wojtuczycach. Diabeł z Łańcuta zginął miesiąc później pod Tarnawą w okolicach Chyrowa z rąk perskiego sługi wojewodziny wołyńskiej Anny Ostrogskiej, nazywanego  Tatarzynem, którego za uśmiercenie Stadnickiego nagrodzono. Rzeczpospolita odetchnęła:)







 
Fantastyczne piece mają w tym zamku:) A niżej bardzo pożyteczny przyrząd - dlaczego takiego nie mam ???  Na drewnianej nodze ruchoma podkładka pozwalająca położyć książkę, tablet lub śniadanie podane do łóżka:) Można przysunąć, odsunąć, obniżyć, podnieść, świetna rzecz:)







Pokój muzyczny.



Żyrandole w zamku są z kryształu, nie ze szkła kryształowego, ale z kryształu prawdziwego, kopalnego. Niektóre ważą nawet około 350 kg.





Po prawej stronie na podłodze - podgrzewacz do talerzy.





Najbardziej reprezentacyjne komnaty powstały ok. 1800 r. na I piętrze skrzydła zachodniego według projektów Chrystiana Piotra Aignera. Są to: klasycystyczna Sala Balowa i Wielka Jadalnia.



 
Sala teatralna




Sala jadalna
Niżej - zbiory rodziny Lubomirskich











W łańcuckiej wozowni można obejrzeć pokaźną kolekcję różnych pojazdów konnych- karet, powozów i sań. To największy tego typu zbiór w kraju i część z obiektów rzeczywiście pochodzi z Łańcuta. 

Nie podobały mi się tylko głowy obcięte żywym zwierzętom, które rzekomo "zdobią" fasadę. Nie, moim zdaniem nie zdobią, ale za czasów budowniczych obowiązywała inna mentalność w tym temacie. 



Powozów jest bardzo dużo, powyżej najciekawszy z nich: karawan:)

W byłych zamkowych stajniach umieszczono imponujący zbiór ikon - największy w Polsce. Kiedy po II wojnie światowej w ramach ,,Akcji Wisła’’ wysiedlano ludność prawosławną i niszczono jej wielowiekowe dziedzictwo, grupy muzealników i naukowców ruszyły ratować bezcenne zabytki Podkarpacia - świadectwo wieloreligijności tych terenów. W ten sposób ocalono ponad 1000 ikon i 300 starodruków. Muzeum w Łańcucie nie jest w stanie pomieścić ich wszystkich, zatem tylko część jest wyeksponowana, a reszta umieszczona w zawieszonych metalowych ramach magazynowych. Bardzo szkoda się prosi o nowe, godne tej kolekcji miejsce. 




Najstarszy eksponat z 16 wieku - wyżej.