Jeszcze do niedawna sądziłam, że podróże do Tunezji to nie moja bajka. Oferty biur podróży to pobyty w kurortach nad Morzem Śródziemnym, a ja nie korzystam z takich "atrakcji", umarłabym z nudów mieszkając w jednym hotelu przez tydzień. Nie cierpię leżenia na plaży, po godzinie jestem już tym wykończona, nie kąpię się w morzu, w ogóle nie czuję żadnej przyjemności wchodząc do wody, co najwyżej nogi włożę po kolana, ale żeby pchać się dalej, łykać wstrętną słoną wodę i piach... a fuj:)! Samodzielnie zorganizować sobie wyprawę po Tunezji graniczy z cudem, nie jestem wszak podróżnikiem ani poliglotą, dla pojedynczej kobiety nie jest to też bezpieczne, no i jest problem z komunikacją po kraju, bo owszem w części północnej i środkowej jest kolej, ale od stacji do zabytków szmat drogi. Znalazłam jednak wycieczkę autokarową z polskim przewodnikiem po tunezyjskim interiorze i... poleciałam do Tunezji. Wylądowałam z Tabarce, lotów rejsowych tu nie ma, trzeba szukać czarterów.

Wcześniej o Tabarce nie słyszałam. Lotnisko malutkie, nawet swojej strony www nie ma, tylko jeden gate dla podróżnych, malutka salka odlotów i przylotów, dokładna kontrola paszportowa, biometryczna, skanowanie bagażu, wyrywkowo kontrola osobista i przeszukiwanie walizek. To Non-Szengen, odzwyczailiśmy się od przekraczania granic w taki sposób w swoim europejskim dobrobycie:)
Zakwaterowałam się i poszłam oglądać morze. Temperatura około 34 stopni, miłe ciepełko:)
Tabarka leży niedaleko granicy z Algierią, jej nazwa pochodzi z języka berberyjskiego. Jest to dawna kolonia rzymska, a obecnie małe miasteczko ze strefą wypoczynkową, chętnie wybierane na letnie pobyty przez Algierczyków. Zatem najważniejsze to plaża i morze. Tubylki kąpią się ubrane w stroje od stóp do głów, dosłownie.
Plaże są bardzo ładne, szerokie. Piaseczek bardzo drobniutki. I pełen petów. Tu się pali wszędzie, bo wolno.
Ten chłopiec na plaży sprzedaje miętową herbatę. W dolnym garnku jest żar, który podtrzymuje temperaturę herbaty (czarnej, już zaparzonej), w białej torbie ma liście mięty, które wkłada do kubeczka klienta, zanim wleje do niego herbatę. Miejscowi i Algierczycy chętnie korzystają.
Nie miałam za wiele czasu na "obiegnięcie" miasteczka, bo dysponowałam tylko połową dnia, ale coś tam zobaczyłam. Od strefy hotelowej do miasteczka właściwego prowadzi okropnie brudna i zagracona ulica, na poboczu walają się śmieci, porozbijane materiały budowlane, resztki mebli, deski, chodnik zarośnięty chaszczami, gruz, trudno przejść, chcę to jak najszybciej zapomnieć:). Zasady ruchu drogowego jakieś są, ale nikt ich nie przestrzega. Zwykły wczasowicz siedzi w hotelu i na plaży, nigdzie nie wychodzi, bo ma wszystko na miejscu, zachwyca się och i ach i nawet tego nie widzi. W miasteczku nadal brud i śmieci, ale jakby mniej, poza tym omijałam te miejsca obiektywem.
Dorodne, pełne słońca owoce, ale ich zjedzenie wiąże się z rezydowaniem w wc przez 3 do 7 dni i nocy, chyba, że zostaną wyparzone we wrzątku:) Woda w Tunezji może być skażona bakteriami lub innymi patogenami, co prowadzi do różnych chorób jelitowych, takich jak biegunka podróżnych czy cholera, salmonella czy E.coli. Mycie owoców z ulicy w wodzie z kranu to tak samo jakby ich wcale nie umyć. My turyści, nawet zęby powinniśmy w Tunezji myć wodą butelkowaną.
Koty tunezyjskie mają inną sylwetkę niż nasze polskie dachowce. Są wysokie, mają długie nogi, wielkie uszy i są bardzo szczupłe. Właściwie chude, ale widać w wielu miejscach, że są dokarmiane i mają wystawiane miski z wodą. W jednym miejscu, gdy chciałam sfotografować na ulicy większą gromadkę kotów nad miskami, jakiś Tunezyjczyk odgonił mnie:) Dopiero po chwili zrozumiałam, że to on dokarmia te koty i fotografować wolno, ale trzeba najpierw zapłacić. To taki jego biznes. Dziwne ? Chyba nie w Afryce...
.
W centrum miasteczka
przy marinie wiele straganów, akurat się zwijali i dobrze, bo każdy sprzedawca zaczepia i nawołuje, aby do niego właśnie podejść i kupić. Dla mnie to dość męczące, jakby było ich więcej to osiągnęliby odwrotny skutek - odeszłabym jeszcze szybciej:) Tutaj, to obowiązkowy rytuał - zawołać, przywitać, nawet złapać za rękę lub za ramię, przyprowadzić do straganu, podać cenę trzy razy większą, może klient się złapie, a jak się nie złapie to następuje proces targowania się. To nie dla mnie :) Cen na towarach nie ma nie tylko na targach, ale także w sklepach: dla swojego cola kosztuje 1,5 dinara, dla turysty 5 dinarów. Dlatego zakupy lepiej robić w marketach, ale jest ich bardzo mało i tylko w dużych miastach, a wybór towarów znacznie mniejszy niż w Europie.
Byłam świadkiem sprzedaży arbuzów: od swojego brali 5 -7 dinarów za sztukę, zależy jak duży, od turystów 20 dinarów. Właściwie mnie to nie dziwi, bo płace w Tunezji są niskie, a turystyka stanowi wiodącą gałąź gospodarki, każdy na turyście chce zarobić.
W tle
Fort Genueński w Tabarce położony na wzgórzu z widokiem na Morze Śródziemne, zabytek przypomina o bogatej historii regionu, która łączy wpływy arabskie, europejskie i afrykańskie. Fort został wybudowany w XV wieku przez Genueńczyków, którzy w tym okresie kontrolowali wybrzeże północnej Afryki, głównie w celach handlowych i obronnych. Tabarka była strategicznym punktem ze względu na dostęp do morza i bogate zasoby koralowców, które były eksportowane do Europy. Fort pełnił rolę twierdzy chroniącej port i miasto przed najazdami piratów oraz obcych flot. W późniejszych wiekach fort przechodził w ręce różnych sił, w tym Imperium Osmańskiego i kolonialistów francuskich. Zbudowany z masywnych kamiennych bloków, posiada grube mury i wieże strażnicze, które zapewniały doskonałą ochronę przed atakami. Z wnętrza fortu rozpościera się widok na Morze Śródziemne, pobliskie wzgórza oraz charakterystyczne
formacje skalne Les Aiguilles.

Wstęp jest płatny, na dziedzińcu jest wystawa sztuki współczesnej.
Idąc kilka minut w lewo wzdłuż mariny docieram do skał Les Aiguilles. Formacje skalne w kształcie igieł powstały w wyniku erozji, tworząc szereg wznoszących się urwisk wzdłuż wybrzeża morskiego. Są naprawdę widokowe, a byłoby jeszcze lepiej, jakby wysprzątano zalegające tam śmieci.
Skałki bardzo ładne, ale tuż zaraz robi się nieciekawie, ktoś sika do morza, dalej całą szerokość ścieżki zajmuje męskie towarzystwo. Acha, w Tunezji nie pije się alkoholu poza nielicznymi lokalami, więc wszyscy trzeźwi:) Turystom też nie wolno pić drinków poza lokalami ani piwa na ulicy czy na plaży, brawo za tę zasadę:)
Żeby nie wracać z powrotem tą okropną ulicą, kieruję się ku plaży. Piasek ma pewnie ze 60 stopni, nie da rady po nim iść bosą stopą ani siedzieć na nim, więc moczę nogi w wodzie i po pół godzinie jestem w hotelu.
Ten chłopiec i ta pani sprzedają na plaży bambalouni czyli pączki z dziurką.
W barze na plaży w towarzystwie poznanej mieszkanki tego samego hotelu- bezalkoholowe:)
Dzień się kończy, następnego dnia rano wyruszę na podbój tunezyjskiego interioru:)