środa, 1 lipca 2026

Podlaskie cerkwie i inne świątynie

Z Teremisek przez SIOŁO BUDY ruszam  przed siebie i tak trafiam do Orzeszkowa.  Orzeszkowo to wieś założona dla ochrony Puszczy Białowieskiej w XVII w (dla osoczników, zarządców królewskich, obławników biorących udział w osaczaniu zwierza). Jest zamieszkiwana w większości przez ludność wyznania prawosławnego, miejscowi – zwłaszcza starsze pokolenie – posługują się lokalną gwarą, mieszaniną białoruskiego i ukraińskiego.

Od 29 stycznia do 2 lutego 1946 roku oddział powojennego zbrojnego podziemia pod dowództwem kpt. Romualda Rajsa ps. „Burego” dokonał pacyfikacji pięciu okolicznych wsi zamieszkałych przez prawosławnych Białorusinów. Zamordowano wówczas 80 osób, wśród ofiar były kobiety, dzieci, starcy oraz 30 furmanów wcześniej uprowadzonych ze wsi Łozice. Za zbrodnie na ludności cywilnej Bury został skazany na śmierć w 1949, rok później wyrok wykonano. Po przemianach ustrojowych sąd w 1995 roku zrehabilitował „Burego” uznając, że popełniając zbrodnie „walczył o niepodległy byt państwa polskiego”, a rodzinie „Burego” wypłacono odszkodowanie. W 2005 r. białostocki IPN wydał przeciwny wyrok, ale umorzył sprawę. Do tej pory ofiary „Burego” nie doczekały się rehabilitacji i odszkodowania.

Bazyli Pietruczuk „Księga hańby”, Białystok 2006

12 sierpnia 1946 wieś Orzeszkowo  spłonęła, ocalały zaledwie trzy domostwa. Po tym wydarzeniu, w celu zmniejszenia gęstości zabudowy rozśrodkowano gospodarstwa do kilku kolonii.


Przy wjeździe do wsi przybyłych witają krzyże prawosławne i katolickie oraz mogiła sześciu nieznanych powstańców z 1863 roku.

W Orzeszkowie odwiedzam drewnianą prawosławną cerkiew cmentarną p.w. Wniebowstąpienia Pańskiego, konsekrowaną w 1955 r., akurat trwa msza z chrztem, pięknie śpiewana w języku mieszanym białorusku-ukraińskim. W takiej gwarze rozmawiają też kobietki pod kościołem.








Śladów historii jest tu sporo. Szosą, a potem leśnym traktem kieruję się do wsi Topiło.


Po drodze chwila przerwy przy rzeczce Perebel - to niewielki ciek wodny, lewy dopływ Łutowni i otaczający go obszar bagienny. To ważne miejsce w ekosystemie puszczy, gdzie dzięki specjalnym zastawkom woda jest gromadzona w okresach suszy, tworząc naturalne poidło m.in. dla żubrów.






 
Na rzeczce Perebel we wsi Topiło znajduje się sztuczne jezioro. Topiło to wieś głęboko w puszczy, stoi tu tylko kilka domów. Dojeżdża tu kolejka wąskotorowa z Hajnówki, kursuje w wybrane dni lub na zamówienie. Przerwa w Topile trwa około godziny, w tym czasie można obejść jeziorko albo posiedzieć w licznych bardzo ładnych wiatach turystycznych w małym parku. Jest duży parking dla osobowych i dla kamperów.








Niestety, w zbiorniku nie ma zbyt dużo wody. Sterczą przegniłe pnie drzew, ponieważ jezioro zalano na wykarczowanym nieuprzątniętym terenie leśnym. Nazwa Topiło nie pochodzi jednak od zbiorników, w których topiono drewno, ale od otaczających to miejsce puszczańskich bagnisk, w których topiły się pasące się po lasach krowy…
Widoki są bardzo malownicze, a spacer wokół jeziora przyjemny. 




Jezioro przecina wał ziemny, po którym dojeżdża kolejka.



Topiło powstało jako jedna z wielu osad pracowników leśnych.  Na skraju wsi dostrzegam interesujące miejsce pamięci poświęcone tym leśnikom, którzy zginęli w czasie II wojny światowej.







Trochę z żalem opuszczam to malownicze, ciche, piękne miejsce, bo chcę odwiedzić jeszcze dwie większe  miejscowości, gdzie są cerkwie. 



Kleszczele są jedną z tych miejscowości, których nie mogę ominąć. Kleszczele były wymieniane w dokumentach już w XV wieku, a w XVI stuleciu zyskały prawa miejskie za rządów króla Zygmunta I Starego. W rozwój miasta wiele zaangażowania wniosła też jego żona królowa Bona oraz Anna Jegiellonka - żona króla Stefana Batorego. Koniec świetności miasta przyniósł wiek XVIII, a w czasie II wojny Kleszczele zostały bardzo zniszczone, mieszkańcy w znacznej mierze zabici, dlatego po wojnie utraciły prawa miejskie, aby ponownie odzyskać je w 1993 roku.
W Kleszczelach bardzo spodobały mi się starsze domy z pięknymi kwietnymi ogródkami.





W miasteczku najpierw oglądam neoklasycystyczny kościół Rzymskokatolicki pw. św. Zygmunta Burgundzkiego pochodzący z początku  XX w. W czasie II wojny był poważnie zniszczony wskutek ostrzału pociskami artyleryjskimi, ale w 1946 roku został wyremontowany staraniem księdza Aleksandra Swerpela. Dzwonnica jest młodsza o 15 lat i pochodzi z 1923 roku.


Następnie  idę szukać cerkwi. Znalazłam taką:)



Cerkiew Zaśnięcia Przenajświętszej Bogurodzicy została zbudowana niedaleko starszej świątyni św. Mikołaja, na miejscu XVIII-wiecznego kościoła św. Zygmunta, który w 1866 został zamknięty na mocy dekretu gubernatora grodzieńskiego i wileńskiego Konstantina von Kaufmana. Materiału z rozebranego drewnianego kościoła użyto do budowy cerkwi oddanej wiernym do użytku 22 października 1877 roku.









Przy cerkwi drewniane rzeźby i instalacje.



Naprzeciwko nowej cerkwi zachowała się stara cerkiew św. Mikołaja wzniesiona w 1709 roku jako dzwonnica przy parafialnej cerkwi św. Mikołaja. Budowla ta funkcjonowała od XVI w. jako świątynia prawosławna, zaś w 1648 została siłą przejęta przez unitów, niestety spłonęła podczas I wojny światowej, natomiast XVIII-wieczna dzwonnica-cerkiew przetrwała i po remoncie wygląda tak:





I tak sobie spacerując po Kleszczelach natknęłam się na miniskansenik, starą chatę czyli dom fotografa Jerzego Kostko (zdjęcie niżej). Pan Jerzy zaczął fotografować  mieszkańców już ponad sto lat temu. Najstarsza znaleziona odbitka datowana jest na maj 1926 roku.  Przez prawie 60 lat dokumentował życie mieszkańców Kleszczel, zanim zmarł w 1976 roku. Po prawie 40 latach od śmierci, na strychu tego drewnianego domku przy ul. Kolejowej udało się odnaleźć część jego archiwum. W 2013 roku uczestnicy „Fotograficznej wyprawy archeologicznej na polsko-białoruskie pogranicze” wykopali z trocin dwa kartony negatywów, około półtora tysiąca, głównie klisze średniego formatu, kilka szklanych szybek, niestety niektóre całkowicie zniszczone. Wśród odzyskanych zdjęć są fotografie przedwojenne, choć przeważają te późniejsze. Najwięcej zachowało się portretów robionych do dokumentów, ale też też fotografii okolicznościowych: nowonarodzone dzieci, pary, koledzy z rowerami, żołnierze na przepustce, kulig.




Pan Jerzy Kostko był bardzo ciekawą, barwną postacią. Urodził się w 1897 roku w Rosji. Pochodził z kolejarskiej rodziny. Jego dziadek był ponoć za czasów Imperium Rosyjskiego dyrektorem stacji w Kleszczelach, po nim karierę na kolei robili synowie. Kostko mówił czystym rosyjskim, co było dość dziwne w miasteczku, gdzie język ukraiński miesza się z białoruskim i polskim, ale to dlatego, że jego matka była Rosjanką. Kostko miał opinię oryginała i gaduły. Sam wyznania prawosławnego utrzymywał kontakty z księdzem katolickim i dobrze żył z Żydami, których często fotografował. Lubił techniczne nowinki: pierwszy w Kleszczelach miał rower, a potem pierwszy motocykl, inwestował w nowy sprzęt fotograficzny. W jego domu znajdował się jeden z pierwszych w miasteczku radioodbiorników. Miał trzy pasje: fotografie, myślistwo i kobiety, które bardzo adorował, ale nigdy się nie ożenił i nie miał dzieci. Był rozpoznawalny z daleka: wielki chłop w śmiesznej czapce pilotce i ze strzelbą przewieszoną przez ramię; na portrecie namalowanym przez pana Arkadiusza Andrejkowa jest nawet przystojny:)




W internetach wyczytałam, że w Kleszczelach jest fajny dworzec kolejowy, więc postanowiłam zobaczyć po drodze w dalszą trasę.
Dworzec w Kleszczelach powstał w związku z budową magistrali kolejowej łączącej Brześć z Grajewem, którą otwarto w 1873 roku. Drewniany budynek dworca z 1900 stanowi unikalny zabytek architektury drewnianej wykonany w stylu szwajcarskim, obecnie jest na sprzedaż, ale czy znajdzie się kupiec na obiekt tuż przy torach kolejowych...?? Budynek niszczeje, korzystają z niego graficiarze.















Po sąsiedzku jest parterowy drewniany budynek, wyglądał na zamieszkały, wiec nie fotografowałam, ale jak ktoś kupi dworzec, to jest szansa, że będzie miał sąsiada:)

Jadąc dalej po drodze jeszcze zauważam cerkiew św. Mikołaja w Kośnej. 

Cerkiew została wzniesiona w 1881 roku na niewielkim wzgórzu. Świątynię wybudowano jako cerkiew prawosławną ze środków skarbu państwa rosyjskiego, co było wówczas częstą praktyką na terenach Imperium Rosyjskiego. W późniejszym czasie użytkowana była również przez unitów, próbowali ją także przyjąć katolicy na kościół, ale ostatecznie już prawie 90 lat służy prawosławnym. Do środka nie udało mi się zajrzeć, była zamknięta.





 
Takie barwione na czerwono nagrobki widzę chyba pierwszy raz. Niektóre są z lat 80-tych XIX wieku





Kolejne na mojej trasie są Milejczyce.  W XVI wieku istniał tu kościół rzymskokatolicki, dwie cerkwie, dwór królewskiego starosty i aż 25 karczm !:) Teraz to mała senna wioska.



W 1859 roku stara cerkiew św. Barbary w Milejczycach uległa całkowitemu zniszczeniu w czasie pożaru. Nową cerkiew zbudowano w latach 1899–1900,  dziś była zamknięta, wisiała kartka, że jest w renowacji. Przed remontem była piękna, niebieska. W świątyni znajduje się ikona św. Barbary z XVII wieku, z okresu unickiego i dwa ikonostasy: główny, wykonany dla tej świątyni ok. 1900, oraz starszy z 1865 roku z innej cerkwi zamienionej na kościół, a także wiele innych skarbów, ale trzeba mieć szczęście, aby to wszystko zobaczyć - ja go nie miałam, pozostaje obejrzeć w internetach.
W bezpośrednim sąsiedztwie zachowały się nagrobki,  w tym XIX- i XX-wieczne nagrobki duchownych z rodziny Pajewskich, służących w miejscowej parafii.



W okresie międzywojennym miejscowość była letniskiem ludności żydowskiej z 2085 mieszkańcami (ponad 40% stanowili Żydzi). W 1927 wybudowano synagogę na miejscu starszej drewnianej bożnicy. Podczas II wojny światowej, w 1941 roku hitlerowcy zdewastowali synagogę. Po zakończeniu wojny przez wiele lat w głównej sali modlitewnej znajdowało się kino, a w sali kahalnej biblioteka. Obecnie mieści się w niej Gminne Centrum Kultury.



Dla katolików najważniejsze w Milejczycach jest sanktuarium Serca Dobrego Pasterza i najstarszy obraz Serca Jezusowego w Polsce namalowany pod koniec XVII wieku. 

Powszechny kult Najświętszego Serca Jezusa rozwinął się w Kościele dopiero po objawieniach św. Małgorzaty Marii Alacoque, które miały miejsce w latach 1673–1675. Obraz w Milejczycach mógł powstać w tym samym czasie lub wcześniej. Niektórzy historycy twierdzą że pierwotnie mógł znajdować się w katedrze w Drohiczynie.

Jest tu także księga, do której pielgrzymi od lat wpisują kolejne świadectwa: uzdrowienia, powroty do zdrowia po wyrokach lekarzy, poczęcia po latach bezpłodności. W ciągu ostatnich trzech lat przybyło ich ponad trzydzieści. Jedna z udokumentowanych historii pochodzi z XIX wieku. Carski urzędnik nakazał zasłonić wizerunek Serca Jezusowego drewnianą deską. Jak głosi przekaz, stracił wzrok natychmiast po wydaniu rozkazu. Co za mściwość:)

Obraz przeżył potop szwedzki, represje wobec grekokatolików i unitów, obie wojny światowe, a potem dziesięciolecia komunizmu. Wciąż wisi w tym samym miejscu, ale go nie obejrzałam, zresztą bez żalu, bo jakoś w cuda nie wierzę:) Bardziej żałuję, że nie zobaczyłam barokowych ołtarzy wykonanych przed 1744 rokiem. Chyba była tu jakaś uroczystość, bo tłum był wielki, a na parkingu auta z całej Polski.






Przy kościele znajduje się dzwonnica drewniana z 1740 r. o konstrukcji szkieletowej.



Jest potworny upał, zastanawiam się, czy pies mnie nie przeklina za to, że zostawiłam go na dworze, co prawda spory kojec znajduje się w głębokim cieniu wysokich krzewów otaczających go z trzech stron, ale jednak w domu o grubych murach byłoby mu chłodniej:) Postanawiam wracać.
No ale... przejeżdżając przez Żerczyce widzę przy drodze ciekawą świątynię, więc oczywiście idę obejrzeć:)

Osadnictwo zaczęło się tu od wojskowego posterunku broniącego głównego grodu czyli pobliskiego Mielnika. Początek dała mu zbrojna drużyna księcia kijowskiego, która stoczyła tutaj bitwę z Jaćwingami. Wódz Jaćwingów zginął w nierównej walce razem ze swymi żołnierzami, a kijowscy drużynnicy w wyrazie szacunku wobec bohaterskiej śmierci wroga, który nie błagał o litość i zginął z  pogardą śmierci w wierze w słuszność swojej sprawy, postanowili godnie ich pochować. Zebrali ciała poległych wrogów i wraz z końmi i zbrojami spalili, aby „szlachetne kości rycerzy nie były rozciągane przez drapieżne zwierzęta”. Popiołu nie rozsypali na wiatr, lecz złożyli w jednym miejscu, usypali wysoki i do dzisiaj zachowany kurhan. Jest obecnie gdzieś za rzeką, obok wsi.

Pierwsza cerkiew podobno była już tu w 1001 roku, ale ta obecna p.w. Św. Dymitra powstała po II wojnie światowej i jest kopią poprzedniej budowli. Cerkiew jest ośrodkiem kultu uznawanej za cudowną kopii Tichwińskiej Ikony Matki Bożej. Jest taka legenda, że w czasie potopu szwedzkiego grupa mnichów z monasteru Świętego Ducha w Wilnie opuściła klasztor i po dotarciu do Żerczyc pozostawiła w miejscowej cerkwi kopię cudotwórczej Tichwińskiej Ikony Matki Bożej. Wizerunek ten miał dokonać cudu: gdy szwedzki żołnierz wystrzelił do niego, natychmiast oślepł i został uzdrowiony dopiero wtedy, gdy zrozumiał swoją winę i obiecał zostać sługą cerkiewnym. Trochę to podobne do historii z kościoła katolickiego z Milejczyc, tu jednak Matka Boża, jak to kobieta, okazała się litościwsza:) Obraz uległ zniszczeniu w pożarze w 1944 roku, w czasie odbudowy cerkwi zastąpiono go kopią. Cerkiew była zamknięta, choć to była niedziela, więc też nie zobaczyłam.





Krzyże wystawione przez rodziny ku pamięci zabitych w czasie II wojny światowej i w pierwszych latach po niej położone na terenie cerkiewnym.


Nagrobek z 1906 roku.


Tak mi się przypomniało, że kiedyś byłam w bazylice w greckich Salonikach, gdzie jest grób Św. Dymitra. Sprawdziłam, to ten sam! To bardzo ciekawa historia, podaję za: http://swdymitra.pl/patron-parafii/
cyt. "   Po śmierci ojca św. Dymitr został wybrany przez cesarza Maksymiana na naczelnika miasta. W przeciwieństwie do swoich rodziców nie miał zamiaru ukrywać swej chrześcijańskiej wiary. Będąc gorliwym chrześcijaninem jawnie rozpoczął rozpowszechnianie wiary chrystusowej wśród mieszkańców podlegającego mu miasta. Za swoją działalność został uwięziony z rozkazu cesarza Maksymiana, który był wielkim przeciwnikiem i prześladowcą chrześcijan. Gdy św. Dymitr dowiedział się o nakazie uwiezienia go polecił swoim sługom rozdać cały majątek, który odziedziczył po rodzicach. Imperator chcąc zyskać popularność mieszkańców Sołunia zorganizował w mieście igrzyska. Główną atrakcją igrzysk były walki jednego z żołnierzy cesarza, Wandala o imieniu Leon, który w czasie widowiska mordował chrześcijan. Młody chrześcijanin o imieniu Nestor widząc to wszystko poprosił swego przewodnika w wierze, św. Dymitra, o udzielnie mu błogosławieństwa na walkę z Leonem. Święty pozwolił Nestorowi na walkę i jednocześnie wspierał go swoją modlitwą. Nestor pokonał Leona rzucając go na ostre włócznie kończąc tym samym mordy na chrześcijanach. Masymilian rozwścieczony śmiercią swego ulubieńca kazał przebić włócznią młodego Nestora jak i św. Dymitra. Wydarzenia te miały miejsce około 306 roku, według niektórych badaczy w starożytnym Sirmium (dzisiejsza Sremska Mitrovica). Ciało św. Dymitra odnalezione po pewnym czasie nie uległo rozkładowi. Z relikwii wydzielało się pachnące i uzdrawiające mirro, dlatego też świętego nazwano mirotoczywym (toczącym mirro)."
:)






 
Już miałam jechać od razu do domu, no ale jak, skoro na skraju Mazowsza, przy drodze na zakręcie objawił mi się taki widok. 

 
To parafia św. Stanisława w Sarnakach. Przyjadę tu jeszcze kiedyś, bo w okolicy jest kilka fajnych miejsc do zobaczenia, teraz obiecuję sobie, że dziś tylko teren kościelny i koniec:) Szczerze powiem, że mnie to miejsce zachwyciło.
Sarnaki zostały założone jako wieś drobnoszlachecka przez Sarnickich (lub Sarnackich) przybyłych tu z Mazowsza. W połowie XVII wieku właścicielką dóbr sarnackich była Helena z Zamoyskich, wdowa po Marku Wodyńskim i jej syn Jan. W 1813 roku zabudowę zniszczyły powracające spod Moskwy wojska napoleońskie. Sarnaki utraciły prawa miejskie w 1869 roku, podobnie jak szereg innych miasteczek Królestwa Polskiego po upadku powstania styczniowego.
Wiosną 1944 w okolicach wsi spadły rakiety V-2, które eksperymentalnie były wystrzeliwane z poligonu w okolicach Mielca. Jedna z nich utkwiła w mokradłach koło wsi Klimczyce pod Sarnakami i nie eksplodowała, potem została zdemontowana przez wywiad Armii Krajowej i dostarczona do Londynu.
Jesienią 1941 roku Niemcy utworzyli w Sarnakach getto dla ludności żydowskiej dla ok. 1500 osób, w tym wysiedlonych z sąsiednich miejscowości. Getto zostało zlikwidowane w maju 1942, kiedy to jego mieszkańców wywieziono do gett w Łosicach i Mordach.


Drewniany parafialny kościół katolicki św. Stanisława Biskupa i Męczennika wybudowany z fundacji właściciela miasta Stanisława Ossolińskiego w 1816 roku z trzema klasycystycznymi ołtarzami jest teraz porzucony i zaniedbany.


W bezpośrednim sąsiedztwie kościoła wznosi się murowana dzwonnica-brama (rok budowy 1872) z trzema dzwonami, kolumna z przeniesioną w sąsiedztwo świątyni figurą św. Jana Nepomucena (1874 r.) i dwie toskańskie kolumny z rzeźbami Zbawiciela i NMP widoczne na wyższym zdjęciu.


 
Plebania z lat 1883–84.

A obok... nowy kościół godny Rzymu:) A w Sarnakach mieszka 1000 osób... w tym niemowlęta i niewierzący. Dla kogo jest ten kościół ???


Kto finansuje budowę tego kolosa, który w ogóle nie pasuje do okolicy i mazowieckiej miejscowości ? Internety milczą oprócz jednej wzmianki, że pół miliona proboszcz dostał od gminy. Ale co to jest pół miliona dla tego kościoła ??? To duża kwota, jeśli by ją przeznaczyć na cele np. kulturalne albo rewitalizację chodników we wsi, ale tu ginie w wydatkach. Piszą też, że kasę dali wierni z parafii, ale nie wierzę, żeby sfinansowali całą budowę, musieliby być bardzo-bardzo zamożni, a nie wygląda na to, jak się rozejrzeć po okolicy. A i tak to szara strefa. Dotarłam do informacji, że parafianie (wieś i okolice czyli około 3000 mieszkańców łącznie  z dziećmi ) w większości byli przeciwni budowie kościoła i chcieli odremontować stary, na co gmina dała owe pół miliona plnów, ale proboszcz się zaparł i postawił nowy. Jak widać instytucja Kościoła w Polsce jest bardzo bogata.

A stary kościółek zabytkowy raczej tej połowy miliona nie widział i nie zobaczy...