Hmmm. z jakiegoś nieznanego mi powodu poprzedni wpis o Milejowie ma wyjątkowo dużo odsłon, aż ze zdziwienia na chwilę zamieniłam się w słup soli. Może go ktoś gdzieś polecił, już się to kiedyż zdarzało:)
Październik to miesiąc, w którym robi się ruch na cmentarzach. Sama odwiedzam je często w celach poznawczych i kulturowych. Niedziela nie rozpieszczała pogodą, więc wyjechałam z domu dopiero po południu, dołączając do małej grupki osób podzielających to zainteresowanie. Zazwyczaj mam w samochodzie kilka lampek cmentarnych, które przy takiej okazji stawiam na najbardziej opuszczonym nagrobku. Udało się odwiedzić trzy cmentarze na pograniczu w rejonie Bugu.
Pierwszy postój w Orchówku nad Bugiem około 5 km od Włodawy. Tak przy okazji: jeśli ktoś nie wie, gdzie pojechać na urlop, to właśnie tutaj. Przepiękna klimatyczna wieś, jest co zwiedzać w okolicy, jest gdzie pochodzić i pojeździć na rowerze. Spokój i cisza. Sama bym się zdecydowała, jakby nie to, że mieszkam trochę więcej niż godzinę drogi stąd i rocznie spędzam na Polesiu na pewno więcej niż wspomniany tydzień. Właściwie to nawet fajnie tutaj byłoby mieszkać:)
Wieś leży bezpośrednio nad graniczną rzeką Bug, w pobliżu trójstyku granic: polskiej, ukraińskiej i białoruskiej. Orchówek od pokoleń słynął w całym regionie z topienia ogórków w rzece i pobliskich stawach. Dawni mieszkańcy wierzyli, że rzeka Bug oraz specyficzne warunki starorzecza mają magiczny wpływ na proces kiszenia. Całe beczki z ogórkami i przyprawami zatapiano na dnie zbiorników jesienią, a wyciągano dopiero wiosną.
Jednym z najważniejszych zabytków Orchówka jest barokowy kościół parafialny pw. św. Jana Jałmużnika. Pierwotnie był to kościół augustianów. Jego fundatorami byli właściciele dóbr orchowskich - Mikołaj Iwicki herbu Kuszaba oraz jego żona Zofia z Krupskich herbu Korczak, którzy ufundowali klasztor w 1610 roku. Kościół został wzniesiony później, bo w latach 1770–1777 według projektu architekta Pawła Fontany. Obecnie funkcjonuje jako Sanktuarium Matki Bożej Pocieszenia i jest prowadzony przez zakon Braci Mniejszych Kapucynów. Wewnątrz znajduje się słynący łaskami cudowny obraz Matki Bożej Orchowskiej.







Według jednego z przekazów, wizerunek Matki Bożej Pocieszenia (Orchowskiej) przypłynął nurtem rzeki Bug w tajemniczych okolicznościach, chroniąc się przed zniszczeniem w czasach wojennych zawieruch na wschodzie. Wersja historyczna mówi, że płótno zostało przywiezione z Rzymu przez ród Iwickich (właścicieli Orchówka) i podarowane ojcom augustianom w 1610 roku. Wierni szybko zaczęli przypisywać mu nadprzyrodzone właściwości, wierząc, że Maryja sama wybrała Orchówek na swoje miejsce.
Na 28-metrową
wieżę kościelną można wejść, więc oczywiście wdrapałam się po bardzo stromych starych schodach.
Zajrzałam też w podziemia. W przeszłości kościelne krypty służyły tradycyjnym pochówkom ojców augustianów oraz lokalnych dobrodziejów, współcześnie zostały odrestaurowane i jest tam niewielka ekspozycja. Wewnątrz jest dość ciemno, ale miałam latarkę.




To nie jest bieżnik:) To poleski ręcznik obrzędowy stanowiący jeden z najważniejszych elementów kultury ludowej i tkactwa tradycyjnego na terenie Polesia Lubelskiego. Podstawowymi i najstarszymi kolorami ręczników był biały i czerwony. Kolor czerwony był kolorem wschodzącego słońca, ognia i życia. Czerwonymi haftami były ozdabiane oba końce ręcznika, utkanego z białego płótna. Kolor biały symbolizował wieczność, bezgraniczność, smutek. Tkanina ta miała status sacrum - nie służyła celom higienicznym, lecz towarzyszyła mieszkańcom poleskich wsi w ważnych momentach życia, łącząc świat żywych ze sferą duchową i religijną - na zdjęciu jest ręcznik ślubny. Dziewczęta samodzielnie tkały nawet 3-metrowe ręczniki, które stanowiły ważną część wiana. Podczas ślubu para młoda stawała na ręczniku przed ołtarzem. Mniejszymi ręcznikami obdarowywano także swatów i gości weselnych na znak szacunku. Taki "osobisty" ręcznik towarzyszył właścicielowi przez resztę życia. Po jego śmierci ręcznik wieszano w oknie, by jego dusza mogła się w niego wytrzeć. Podczas pogrzebu opuszczano na nich trumnę do grobu, a na koniec przewiązywano nim ramiona drewnianego krzyża cmentarnego. Ręczniki pozostawiano na krzyżach, dopóki same nie zniszczyły się pod wpływem pogody.

Część krypt pod kościołem została zaadaptowana na wystawę poświęconą martyrologii Unitów Podlaskich oraz postaci Maksyma Kossyka. Kiedy po powstaniu styczniowym car skasował klasztor augustianów, a cudowny obraz wywieziono, lokalni katolicy i unici byli zmuszani do przechodzenia na prawosławie. Prosty chłop, Maksym Kossyk, wraz z kilkoma towarzyszami, podjął odważną i nielegalną wyprawę: pieszo i bez paszportów ruszyli do Rzymu. Kossyk dotarł przed oblicze papieża św. Piusa X, opowiedział o cierpieniach mieszkańców Podlasia i wyprosił u niego wsparcie. Ludowa tradycja mówi, że to właśnie ta niezwykła, pełna cudów wyprawa sprawiła, że carskie represje ostatecznie zelżały, a obraz po ponad 60 latach tułaczki powrócił do Orchówka.
Na wschodnim krańcu wsi Orchówek położony jest
cmentarz, na którym spoczywają obok siebie unici, ich potomkowie zmuszeni do prawosławia oraz katolicy obrządku łacińskiego.






Tego dnia w okolicy odbywał się Bieg Sobiborski, trasa liczyła 21 km z Sobiboru do Włodawy. W Orchówku był 17-ty kilometr trasy.
W tej sytuacji Sobibór został odłożony na koniec. Kolejnym punktem programu stała się więc Suchawa nad rzeką Włodawką. I niestety, pozostał niedosyt, bo to bardzo ładne miejsce, ale nie było czasu, żeby zostać tu dłużej. W Suchawie są piękne łąki, rzeka, las, eleganckie zadaszenia dla turystów, stanica kajakowa, wieża widokowa, no naprawdę ekstra miejsce:) Będzie na następny raz, teraz tylko cmentarz koło cerkwi.

Przez stulecia rzeka Włodawka, nad którą leży wieś, miała duże znaczenie, ponieważ stanowiła naturalną granicę między Koroną Królestwa Polskiego a Wielkim Księstwem Litewskim. Przez wieś przebiegał też ważny, stary trakt handlowy prowadzący do Włodawy. Z tego powodu w Suchawie przez wieki funkcjonowała znana w regionie karczma, będąca miejscem odpoczynku dla podróżnych przekraczających granicę. Na początku XX wieku karczma została zburzona, a na jej miejscu postawiona ta prawosławna cerkiew w stylu bizantyjsko-rosyjskim. Pod koniec II wojny front radziecki i bombardowania przyniosły duże zniszczenia, a część ludności ukraińskiej uciekła lub została przesiedlona do Ukraińskiej SRR. Ostateczny cios zadała Akcja „Wisła” w 1947 roku, w ramach której przymusowo wysiedlono pozostałych mieszkańców wyznania prawosławnego. Suchawa została zasiedlona przez ludność rzymskokatolicką, a sąsiednia wieś Iwanki całkowicie zniknęła. Cerkiew pełniła funkcję magazynu zboża dla PGR-u, a później magazynu eksponatów Muzeum Pojezierza Łęczyńsko-Włodawskiego. W dawnej plebanii była szkoła. W latach 80-tych budynek cerkwi przekazano wiernym katolickim na kaplicę. 14 lat temu w najwyższą wieżę świątyni uderzył piorun, wywołując pożar, który strawił dach i wnętrze cerkwi. Odbudowano ją w rok z datków społecznych, ale dach i wieża wygląda teraz inaczej. Około 200 m od cerkwi znajduje się prawosławny cmentarz porosły lasem.



To jest jeden podwójny grób. Do starych nagrobków potomkowie dobudowali nowe dla tych samych zmarłych. Zastanawiam się, po co to zrobili...
Na nagrobkach mieszają się słowa i litery rosyjskie i ukraińskie, co pokazuje, jak ludność była w życiu codziennym zintegrowana. Przenikały się języki, tradycje i mowa.
W pierwszej fazie funkcjonowania cmentarza nie było nagrobków, tylko krzyże. Przy porządkowaniu odnaleziono ślady wielu takich nagrobnych krzyży.
Przy okazji: aktor Jacek Chmielnik (znany m.in. z filmów Vabank czy Seksmisja), posiadał w Suchawie swój dom letniskowy i tragicznie tu zmarł rażony prądem w sierpniu 2007 roku, kiedy boso zszedł do piwnicy, aby sprawdzić awarię instalacji elektrycznej powiązanej z przeciekającym hydroforem.
Ponieważ ostatni biegacze dotarli już do Włodawy, pojechaliśmy obejrzeć cmentarz prawosławny w Sobiborze. Jest tak położony, że można do niego dotrzeć albo przez las albo przez prywatną posesję. Przy czym, z każdej strony jest zakaz wjazdu, trzeba iść pieszo około 15 minut.
Cmentarz założony został w I połowie XIX w. I tu też były liczne mogiły ziemne z bardzo wysokimi, 4–5-metrowymi drewnianymi krzyżami. Po krzyżach zostało niewiele śladów. Podobno było ich ponad 80. Malowane były na kolor jasnoniebieski.
W tradycji prawosławnej i ludowej Polesia kolor ten był symbolem Matki Bożej, czystości oraz niebios. Już się z tym spotkałam na innych cmentarzach. Malowanie krzyży i ram mogił na niebiesko miało chronić zmarłych i symbolicznie łączyć ich z niebem.
Nietypowy nagrobek w formie ośmiokątnego graniastosłupa z 1906 roku.
Mogiła Fiedora Iwanowa Prylepy, który był mieszkańcem Polesia i jako poddany Imperium Rosyjskiego został powołany do carskiej armii. Na początku XX wieku został wysłany tysiące kilometrów na wschód, aby wziąć udział w wojnie rosyjsko-japońskiej (1904–1905). Konflikt ten toczył się w Mandżurii oraz na wodach wokół Korei i Japonii. Przeżył wojnę i jako weteran powrócił do rodzinnej wsi nad Bugiem. Po trzech latach jednak zmarł, w 1908 roku. Udział w tak odległej, egzotycznej wojnie był dla ówczesnych mieszkańców Polesia wydarzeniem wręcz niepojętym, więc zmarłego weterana uczczono bogatym pomnikiem nagrobnym z różowego piaskowca sprowadzonego z zagranicy. Fundatorów takie upamiętnienie kosztowało wtedy fortunę.
Jedyny nagrobek z polskimi napisami. Józefa z Górskich Szymańska zmarła w 1851 roku. Jej niekompletny pomnik nagrobny z piaskowca jest najstarszym zachowanym miejscem pochówku na tej nekropolii.
To, że Józefa posiadała trwały pomnik z kamienia, a nie drewniany krzyż (cementowych jeszcze wtedy nie było), świadczy o tym, że mogła być żoną zarządcy lub dzierżawcy dóbr sobiborskich, urzędnika państwowego (np. carskiej administracji granicznej), leśniczego lub członkinią zamożnej rodziny ziemiańskiej, ale na pewno nie chłopką. Polskie napisy na pomniku wskazują, że była Polką, o tym też świadczy brzmienie jej nazwisk. Musiała być katoliczką, ewentualnie unitką, bo prawosławie weszło na te tereny około 25 lat po jej śmierci. Postawiłam jej ostatnią lampkę z tych, które miałam przy sobie...
Zamiast klasycznych, surowych krzyży, zamożniejsze rodziny zamawiały w dwudziestoleciu międzywojennym betonowe odlewy i tych jest na cmentarzu najwięcej.

Nadchodzący wieczór zmusił do powrotu. Po raz kolejny dotknęłam historii... zawsze robi to na mnie wrażenie:)
Już można planować kolejny weekend:)