piątek, 25 września 2026

Sobianowice - Lubelszczyzna

Sobianowice to mała wieś leżąca kilka kilometrów od Lublina, ale mało kto ją zna i mało kto bywa, bo nie ma tam nic spektakularnego. Ja jednak lubię takie miejsca nieoczywiste, bo choć teraz wieś niczym się nie wyróżnia, to jednak ma ciekawą historię. I wielką kępę drzew, więc byłam pewna, że te chaszcze na pewno coś kryją. I tak oto udałam się na wiejski urbex:)

Najpierw jednak pospacerowałam nad Bystrzycą korzystając z pogodnego jesiennego słońca.









Wieś o nazwie Sobiyanowicze została założona w XIV wieku. Pierwszym właścicielem był Miksza z Sobianowic, sługa królewski Kazimierza III Wielkiego.  W XV wieku jednym z właścicieli Sobianowic był Jan Kuropatwa z nie tak dalekiego Łańcuchowa, który w 1430 roku wraz z kumplami obrabował skarbiec klasztorny na Jasnej Górze, dokonując jednocześnie profanacji cudownego obrazu Matki Bożej Częstochowskiej. Jan Długosz w swoich kronikach napisał, że: "nie znalazłszy w nim spodziewanych skarbów, zawiedzeni w nadziei, ściągnęli ręce świętokradzkie do naczyń i sprzętów kościelnych, jako to kielichów, krzyżów i ozdób miejscowych. Sam nawet obraz Najchwalebniejszej Panny odarli ze złota i klejnotów, któremi go ludzie pobożni przyozdobili. Nie przestając wreszcie na łupieży, twarz pomienionego obrazu mieczem na wylot przebili, a ołtarz, na którym był zawieszony, pogruchotali".   Kuropatwa był później dworzaninem Sonki (17-letniej księżniczki litewsko-ruskiej,  królowej Polski, od 1422 roku czwartej i ostatniej żony 71-letniego wówczas Władysława II Jagiełły). W ogóle to bardzo ciekawa postać historyczna związana z okolicami Lublina i wsiami, które są na mojej trasie przejażdżek rowerowych:)

W Archiwum Państwowym w Lublinie jest dokument sprzedaży Sobianowic przez Kuropatwę w 1445 roku za 560 grzywien. Prawdopodobnie wówczas na wysokiej krawędzi rzeki Bystrzycy powstał dwór obronny chroniący Lublin przed najazdami, stanowił doskonały punkt obserwacyjny i był trudny do zdobycia. 

W XVII wieku dwór nabył ród Rojowskich herbu Cholewa pozostając właścicielami majątku przez kilkaset lat. Rojowscy to był polski ród szlachecki wywodzący się z ziemi dobrzyńskiej, którego przedstawiciele osiedlili się na ziemi lubelskiej, w Sobianowicach oraz w Cieszanowie na Roztoczu (tam ich herb jest teraz herbem miasta). Znani byli jako ziemianie oraz działacze społeczni. Na przełomie XVIII i XIX wieku w Sobianowicach rozpoczęto budowę nowego dworu z parkiem, który miał pełnić funkcję letniej rezydencji rodziny Rojowskich. W 1904 roku, za sprawą ówczesnego właściciela Kazimierza Alojzego Rojowskiego rozbudowano budynek, zaplecze gospodarskie, a także zmodernizowano park otaczający dwór. Budowli nadano wygląd romantyczny z elementami neogotyckimi. 


Tak właśnie dwór wyglądał, to jest chyba jedyne istniejące jego zdjęcie. Znalazłam je w opracowaniu Krystyny Pudelskiej z Uniwersytetu Przyrodniczego w Lublinie, autor zdjęcia nie jest znany.

I tak dwór dotrwał do 1944 roku, kiedy to upaństwowiono go i na podstawie przeprowadzonej reformy rolnej przeszedł w ręce Skarbu Państwa. Przez pięćdziesiąt lat, do 1994 roku, właścicielem było Kuratorium Oświaty i Wychowania. Dwór użytkowano jako budynek szkolny, później jako mieszkania dla nauczycieli, a park zarósł. Próba odbudowania dworu przez prywatnego inwestora nie powiodła się. Kiedy już cokolwiek zainwestował w  bramy wjazdowe, kordegardy i renowację rzeźb ogrodowych, budynek dworu strawił pożar i obecnie zespół dworski to obraz nędzy i rozpaczy. Jako tako wyglądają tylko nieliczne odnowione rzeźby.

 
Tu była niegdyś brama wjazdowa, teraz trudno się przedrzeć przez krzaki.


 
Postanowiłam wrzucić tu dużo zdjęć tej ruiny, nie dlatego, że to takie ładne, tylko dlatego, że może już niedługo nawet ślad po dworze w Sobianowicach zaginie i zostanie tylko w pamięci i na fotografiach.

 
To jest brama gospodarcza, uchylona, więc przebiwszy się przez krzaki weszłam na teren parku, ale przyznam, że czułam się tu nieswojo...:)

 
Resztki murów, które były dworem jeszcze 80 lat temu. Powoli zagarnia je przyroda.





 
Ślady po pożarze z 2014 roku. Wszystko się wali...





 
Jakby tak mocno uruchomić wyobraźnię... W szczycie okulus, może był tam witraż, niżej balkon, na który w zwiewnej koszulce wczesnym rankiem wybiegała panna Rojowska...:)


O tym, że był tu jakiś plan odbudowy świadczą duże ilości cegieł ułożonych w pryzmy wokół zrujnowanego budynku, ale pożar strawił dach i drewniane ściany, więc nie ma co odbudowywać. W kącie działki znajduję zrekonstruowaną piwniczkę, stojącą otworem...


 
...oraz przyzwoity klimatyczny budynek, może gospodarczy ? Nawet fajny, solidne drzwi, nowe okna z lustrzanymi szybami - nie da się przez nie zajrzeć do środka. Na progu intrygujące znalezisko:)



 
Zajrzałam do środka, wydanie niby popularne, ale ładny papier i w środku 300 dużych reprodukcji dzieł sztuki, od razu kupiłam sobie na allegro za 40 pln:) No, żadnego innego albumu z trzystoma reprodukcjami za takie pieniądze nie kupię:)


Nihil novi sub sole - po łacinie oznacza dosłownie „nic nowego pod słońcem”. Wyrażenie pochodzi z Biblii, a dokładnie z Księgi Koheleta: „Co było, to jest, a co się działo, to się znowu stanie: a nie ma nic nowego pod słońcem”. 
Tajemnicze miejsce:)

 
W tym skromnym budynku założone są szyby weneckie (z powłoką lustrzaną/refleksyjną) lub tylko oklejone folią lustrzaną - w dzień widać przez nie tylko z wnętrza budynku. Fajny pomysł, zastanowię się, czy nie zastosować na moje drzwi tarasowe:)



... i ten zegar... ale czas pokazuje niepoprawny:)


 
Artemida, bogini łowów, dzikiej przyrody, lasów i księżyca, władczyni dzikich zwierząt i gór, opiekunka dziewcząt, a także kobiet w trakcie porodów - kamienna rzeźba w zapuszczonym parku.





Mostku nad fosą strzegą cztery kamienne lwy. Most był odbudowany przed pożarem ze starej cegły rozbiórkowej, właściciel zwiózł ich sporo z Mazowsza i Małopolski. 



Apollo - grecki bóg piękna, poezji, muzyki i światła. Przedstawiony jest z psem, ogarem, gdyż był bratem Artemidy, zaś ona była przecież boginią łowów. Tak, że ten pies to nie jego, tylko siostry:)






Stan parku i budynków pozwala mi podejrzewać, że lepiej już tu nie będzie. Teoretycznie jest to zabytek, a praktycznie...? Jeszcze parę lat i nic nie zostanie oprócz chaszczy i gruzu, wjadą buldożery i powstanie nowe osiedle, do ulicy Turystycznej w Lublinie stąd już tylko 6 km... 

Kiedyś jeszcze zajrzę do pobliskiej wsi Bystrzyca, tam na cmentarzu leżą Rojowscy...

poniedziałek, 21 września 2026

Włodawa - Festiwal Trzech Kultur

To już XXVI Festiwal Trzech Kultur we Włodawie. Sam dojazd był ekscytujący, bo gdzieś w połowie drogi zauważyłam, że z pobocza na jezdnię szykował się ogromny młody łoś. Zatrzymałam auto, pan łoś zgrabnie przeskoczył rów, doszedł do połowy jezdni, zatrzymał się, spojrzał zalotnie, a  mnie przeszły ciarki, żeby tylko mu się moje autko nie spodobało przypadkiem:)) Ale nie, popatrzył chwilę i odszedł na przeciwną stronę szosy, ufff!

Festiwal trwał trzy dni, ale w tym roku mogłam być tylko w niedzielę. Nazwa festiwalu odwołuje się do tradycji judaizmu, prawosławia i katolicyzmu obecnych w dziejach miasta.  Program imprezy obejmował koncerty, spotkania z literaturą, filmem, sztuką i edukacją o kulturach pogranicza - wszak w pobliżu znajduje się trójstyk granic trzech państw: Polski, Białorusi, Ukrainy. A'propos: ponieważ we Włodawie "łapie" telefonia białoruska, jedzie się tam z wyłączonym roamingiem, aby potem nie było niespodzianki na rachunku. Ja na chwilę zapomniałam o tym i teraz mam na fb same białoruskie filmiki:) Algorytm zadziałał błyskawicznie:) Z ukraińską siecią nie ma problemu, bo to jest ta sama taryfa co w Polsce. No i czas za granicą o jedną godzinę późniejszy, przez co zdjęcia robione telefonem zupełnie mi się pomieszały, w zależności od tego w jaki czas - polski czy zagraniczny - wpadałam z kolejnym krokiem:)

Najpierw zajrzałam do włodawskich świątyń. Leżąca przy granicy Włodawa sięga swoimi dziejami do słowiańskich Grodów Czerwieńskich i legendarnego Włoda. Ruski kronikarz wspomina o niej przy okazji XIII-wiecznych najazdów tatarskich i z racji pobytu kniazia Daniela. Obecne Polesie Lubelskie i Pojezierze Łęczyńsko-Włodawskie w połowie XV w. stanowiły pogranicze Korony i Wielkiego Księstwa Litewskiego. Włodawa, w której „Wołyń woły dawa” była ostatnią nadbużańską osadą litewską, gdyż po drugiej stronie rzeki Włodawki było już Królestwo Jagiellonów. W dniu 18.03.1540 r. Fiodor Sanguszko, syn Andrzeja odnotował pierwszą fundację na rzecz prawosławnych we Włodawie.

Cerkiew prawosławna Narodzenia Najświętszej Marii Panny położona jest na krawędzi skarpy nadbużańskiej, na terenie dawnego cmentarza obwiedzionego murem z bramą. Reprezentuje typ cerkwi ruskiej, bizantyńsko-klasycystycznej. Do parafii należy 60 wiernych.





 
W ramach Festiwalu w cerkwi odbył się koncert męskiego chóru prawosławnego. 

Jesienią 1648 r. oddziały kozackie pod wodzą Iwana Bohuna i tatarskie Tuhaj-beja spaliły Włodawę i pobliski Orchówek, a ludność żydowską wymordowały. Wtedy Teofila z Leszczyńskich Drohojewska ufundowała drewnianą cerkiew unicką w Orchówku, która stanowiła centrum życia religijnego obrządku wschodniego do roku 1706, kiedy to wojska szwedzkie ponownie doszczętnie zniszczyły Orchówek i Włodawę. Na skutek presji antyprawosławnej, wojen na tle religijnym i innych czynników polityczno-kulturowych, w wieku XVII Włodawa stała się silnym centrum ruchu kalwińskiego, a od 1698 r.  misyjnym ośrodkiem o.o. Paulinów, sprowadzonych tutaj przez Pocieja.

Katolicy byli wówczas zdecydowaną mniejszością, liczyli bowiem zaledwie 28 rodzin. Mimo to już w XVI wieku posiadali własny kościół dzięki działalności księżnej Fiodory z Sanguszków Prońskiej. Kolejne stulecie nie było dla nich czasem sielanki, bo Włodawa znalazła się w posiadłościach słynnej protestanckiej rodziny Leszczyńskich i stała się prężnym ośrodkiem kalwinizmu. Nowy dziedzic dóbr włodawskich, Ludwik Konstanty Pociej, przez swą decyzję sprowadzenia paulinów otworzył nową kartę w dziejach katolicyzmu we Włodawie. Pociej był w konflikcie z Sapiehami i ukrywał się przed nimi u warszawskich Paulinów. W obserwującym życie mnichów Pocieju narodził się pomysł ufundowania im zakonu i kościoła w posiadłości nad Bugiem. Najpierw zapraszał ojców na odpoczynek do swojego pałacu w Różance, a w końcu zaproponował im budowę klasztoru i przyśpieszył decyzję małym szantażem twierdząc, że inne zakony też z chęcią skorzystałyby z takiej propozycji. Do nowego klasztoru, wybudowanego według projektu włoskiego artysty Józefa Pioli, wprowadzili się zakonnicy już w 1718 roku. Natomiast obecny kościół wzniesiono w latach 1733-1780 dzięki pomocy jasnogórskich paulinów oraz dotacjom kolejnych właścicieli miasta: Pociejów, Flemingów i Czartoryskich.






Zwiedzając kościół poprzednim razem nie miałam okazji zobaczyć podziemi - teraz krypty były dostępne. Podziemia zostały otwarte 21 czerwca 2026 r.

  
Tu spoczywają Ojcowie Paulini zmarli do roku 1863 - za pomoc udzieloną powstańcom styczniowym i stosunek carskiej Rosji wobec katolicyzmu  w listopadzie 1864 roku nastąpiła kasata konwentu, która sprawiła, że przez 128 lat zakonu tu nie było, a klasztor ograbiano z cenniejszych rzeczy. 

  
Grobowiec Zamoyskich - August Zamoyski był właścicielem dóbr włodawskich do śmierci 23 lutego 1889. W miejscu pochówku znajduje się 8 trumien. Należą do Augusta Zamoyskiego i Elfrydy Tyzenhauz Zamoyskiej z dziećmi oraz siostry Elfrydy, Józefy Tyzenhauz (żony Konstantego Potockiego z Peczary) wraz z dziećmi. 


 
Hetman Ludwik Konstanty Pociej...


... tu leży, zmarł 3 stycznia 1730 roku. Ciekawe, czy to on prawdziwy:)


 
Fotografie dokumentujące prace konserwatorskie w kryptach.

 
Na terenie kompleksu klasztornego zwiedziłam też małą galerię i mini muzeum.








Sebastian Młynarski - męczennik o. Kajetan, paulin, ofiara najazdu Szwedów na klasztor.  O. Dominik Paprocki w liście z 5 sierpnia 1706 roku, opierając się na relacjach 15 naocznych świadków, tak opisywał męczeństwo o. Kajetana: „Był od nich naprzód za dwa palce na kołku zawieszony tak, jak go matka urodziła, rózgami toto corpore aż do odpadania ciała sieczony, między skrępowane palce stępie y żelaska ostre zawodzono. Po tym rozpalonymi szynami boki y całe ciało pieczano, na ostatek przez wielki ogień kilka razy nagiego rapierami popychano, y kłuto, w którym kilka razy upadając prawie upieczony został, już prawie agonizatus z niego extract”. O. Kajetan miał świadomość, że umiera za wiarę. Dlatego w cierpieniu i opuszczeniu mówił: „Oto za wiarę jestem męczony”.

W kościele był koncert orkiestry dętej z Andrychowa. Nie miałam pojęcia, że orkiestra dęta może tak zagrać! Owszem, w repertuarze były klasyczne pieśni kościelne, ale także utwory muzyki popularnej i klasycznej. Te trąby, talerze, bębny...! Jakiż one potrafiły wywołać wyrzuty dopaminy w słuchaczu, aż włoski na rękach stawały:)! To zupełnie nie to, co uliczny repertuar takich orkiestr.

A kościoła  poszłam do synagogi. Po drodze zajrzałam na festiwalowy jarmark. Pełno tam rzemiosła, tradycyjnej żywności, mydła, szydła i powidła oraz trochę muzyki: zespoły ludowe i muzyczne Podwórko PRL.







Najpierw poszłam do Dużej Synagogi, tu parter i piętro bez zmian - oprócz jednej czasowej wystawy, wszystko jak dwa lata temu, tylko zwiedzających prawie wcale.












W Małej Synagodze spotkanie z autorką Joanną Kuciel-Frydryszak, chwilę posłuchałam, ale to było nudne, bo pani wypowiedzi były pozbawione charyzmy, i poszłam sobie. Nie za bardzo poważam tę autorkę. Jak widać tłumów nie było. Kilkanaście osób podeszło po autograf.


 
Natomiast w Domu Pokahalnym  była wystawa bardzo pięknych obrazów pana Piotra Kowieskiego z Białej Podlaskiej, muzyka, poety, pisarza i przede wszystkim malarza.







Po obejrzeniu wystawy poszłam jeszcze nad Bug ulicą obok Domu Rzemiosła. Taki powrót do przeszłości:)






Do Bugu budowana jest teraz szeroka ulica, z chodnikami po każdej stronie, ze schodkami. Zastanawiam się, jaki ma to cel ? Nie należy bowiem oczekiwać, że po przeciwnej stronie rzeki Białorusini zbudują taką samą infrastrukturę. Tam dzicz i strefa zakazana w pobliżu Bugu. 




W rzece bardzo mało wody.








Wróciłam w okolice tzw. Czworoboku. Czworobok należał do włodawskich rajców, kupców i rzemieślników, w większości Żydów. To właśnie w Czworoboku miejska legenda lokalizuje pojedynek Wołodyjowskiego z Bohunem. Także we Włodawie kurował się Bohun „poszczerbion” przez Wołodyjowskiego. To tutaj Rzędzian służył butnemu Kozakowi swoimi medycznymi umiejętnościami, by w końcu pozyskać na tyle zaufanie chorego, że ten zdradził mu miejsce ukrycia kniaziówny Heleny Kurcewiczówny.

Budowla w na planie kwadratu z dziedzińcem w środku znajduje się w centralnej części miasta, przy Rynku. Zabytek uważa się za unikatowy, najprawdopodobniej jedyny tego rodzaju w Polsce.







W małej lodziarni kupiłam pyszne lody o smaku sernika z pomarańczą, porcja 5 PLN! U mnie na wsi taka porcja kosztuje 8 PLN.
Festiwal trwał, na placu obok synagogi na koniec dnia, "na deser" - koncert Meli Koteluk w kozakach i zielonym płaszczu:).