niedziela, 10 maja 2026

Wysoki Wierch pętlą przez Durbaszkę

W zeszłym roku zdobywając Wysoką, najwyższą pienińską górę, obiecałam sama sobie,  że jeszcze do Szlachtowej przyjadę i wejdę na Wysoki Wierch. I spełniło się. Tak jak poprzednio, zaparkowaliśmy przy Muzeum Pienińskim obok małego lapidarium.

Stąd pieszo szlakiem żółtym udaliśmy się w kierunku Wysokiego Wierchu. Szlak leży poza parkiem narodowym, więc mogliśmy wziąć psa, który przecież bardzo lubi łazić po górach, a im stromiej, tym bardziej jest zadowolony:)


Poruszaliśmy się po obszarze tzw. Małych Pienin, które zajmują teren zaledwie 14x4 km i leżą na granicy polsko-słowackiej. Nazwa Małe Pieniny pojawiła się dopiero w połowie XIX wieku. W dokumentach z XVIII w. występowały pod nazwą Góry Szlachtowskie (Ruś Szlachtowska). Dawniej gospodarzyli tu Łemkowie, mieszkańcy dawnych wsi zajmowali się głównie rolnictwem i pasterstwem, a po zakończeniu prac polowych wędrownym drutowaniem garnków. Po wojnie ludność w ramach Akcji Wisła została wysiedlona, a osiedlili się tutaj polscy osadnicy, głównie z Podhala. Łemkowie po słowackiej stronie pozostali na swojej ojcowiźnie.







Trasa nie jest trudna, ale wymaga trochę kondycji. Maszeruje się przyjemnie, na co wpływ ma także piękna pogoda. Nie śpieszymy się. Pierwszy etap to Przełęcz Pod Huściawą położona na wysokości 756 m n.p.m., skąd roztaczają się widoki na odległe Tatry oraz na Trzy Korony.








 
Idziemy dalej szlakiem żółtym, równolegle biegnie trasa rowerowa, po której co jakiś czas przejeżdża wyczerpany rowerzysta w obcisłych majtkach:)




  
W bacówce można było kupić sery, a po sąsiedzku na pastwisku wylegiwały się i pasły zwierzęta. Psa niewiele obeszły, natomiast my przyglądaliśmy się z przyjemnością:)
 



 
Wkrótce zaczęliśmy wdrapywać się na Wysoki Wierch, zwany przez Łemków Groniem.  Z każdym krokiem otwierają się nowe widoki. 



W dole dwie słowackie wsie: Leśnica i Wielki Lipnik.

 
Szczyt Wysokiego Wierchu wygląda jak wielka kopuła.

 
Na szczycie można przybić pieczątkę do książeczki PTTK. Zatrzymujemy się tu na dłużej, szczyt jest rozległy i porośnięty trawą, świetne miejsce na odpoczynek z widokami na cztery strony świata. Po jednej stronie Polska, po drugiej Słowacja. 

 
Po południu schodzimy w kierunku schroniska Pod Durbaszką.




Schronisko Pod Durbaszką leży na wys. 850 m n.p.m. Jest to ośrodek szkoleniowy, jest bar, ale nie ma piwa, hurra. Najgorsze, co można spotkać w górach to podchmieleni faceci z puszkami piwa w ręce, obrzydliwość:)




Zjedliśmy, poleżeliśmy na łące i postanowiliśmy wracać inną drogą, wybierając niebieski szlak do Jaworek.





Tu spotykamy owce na wypasie w ich naturalnym środowisku. Pięknie! A jednocześnie chwila niepokoju, bo ze stadem są psy pasterskie, a moja piesa nienawidzi psów, zeżarłaby każdego, małego i dużego, który zbliży się, gdy ona idzie z pańcią. Za to kocha ludzi z wyjątkiem podchmielonych facetów w czapkach:) Na szczęście psy pilnujące owiec skupione są na czym innym i do nas nie podchodzą.





 
Kończymy w Jaworkach, stąd do auta około 1,5 km. To był przyjemny, udany dzień. Jednocześnie zorientowałam się, że w okolicy jest jeszcze wiele ciekawych tras, więc nie jest wykluczone, że tu jeszcze wrócę:)

sobota, 9 maja 2026

Redyk w Jaworkach

Na początku maja każdego roku w Jaworkach organizowane jest święto z okazji rozpoczęcia wypasu owiec tzw. Wiosenny Redyk. Byłam w ubiegłym roku w Szczawnicy na zakończenie wypasu, niby fajnie, choć był przeraźliwy ścisk, a ludzi mrowie, miałam obiekcje co do tego rodzaju rozrywki, więc już nigdy więcej do Szczawnicy na redyk nie pojadę. Podobno w Jaworkach jest kameralniej. Pojechaliśmy zobaczyć.

Z daleka widać kościół w  Jaworkach, już go kiedyś zwiedzałam przy okazji pobytu w Wąwozie Homole.

Widać, że w tym samym kierunku od strony Szczawnicy zmierza wiele osób, choć do rozpoczęcia redyku jeszcze prawie  trzy godziny. Pojawił się też Janosik, którego spotykam tu za każdym pobytem:)

 
Wchodzimy do Wąwozu Homole, jest bardzo ciepło i bezchmurnie, temperatura około 24 stopnie, słońce grzeje, bardzo przyjemna pogoda. Spacerujemy po wąwozie, odpoczywamy na polanie, gdzie jest węzeł szlaków.








Wąwóz Homole im. Jana Wiktora wchodzi w skład Małych Pienin i jest ich największą atrakcją turystyczną. Wąwóz zbudowany jest z czerwonego i białego wapienia krynoidowego,  sięga w najwyższym punkcie na wysokość 120 metrów. Wąwozem płynie potoczek o nazwie Kamionka z licznymi kaskadami wodnymi. Wąwóz objęty jest ścisłą ochroną rezerwatową. 



   
U wlotu wąwozu wchodzimy na wzgórza górujące nad Drogą Pod Homolami. Widzowie zaczynają się już gromadzić.








Korzystając z tego, że jest jeszcze czas, idziemy w kierunku Sołtysiej Skały mijając po drodze inne skały wapienne.


Na zboczu Wapielnika, w kierunku Sołtysiej Skały zauważamy stado owiec, które będą brały udział w redyku. I tu dotarł tłum turystów chcących zobaczyć zwierzęta z bliska.




 
Na razie owieczki spokojnie się pasą, juhasi odpoczywają, psy pasterskie leżą w cieniu..


 
W pewnym momencie baca podejmuje decyzję o wymarszu na dół, do Drogi Pod Homolami.







Początkowo owce spokojnie schodzą, a potem przestraszone krzykami nieodpowiedzialnych beztroskich turystów podchodzących zbyt blisko, znienacka czmychają w lewo w wyższe partie wzgórz, nie reagują ani na wezwania juhasów ani na szczekanie psów.

 
I tyle je widziano..



Po jakimś czasie juhasom udało się opanować stado, ale nie udało się okiełznać turystów. My staliśmy daleko, zdjęcia są robione z dużej odległości, dlatego są takie słabe, natomiast setki ludzi za nic nie chciało zejść z drogi dla stada. Juhasi klęli, prosili o zejście z drogi, bo owce się boją, ale gdzietam... jakby mówić do pnia...
 

Aby zmotywować zwierzęta, juhasi prowadzili za rogi dwóch przewodników stada licząc, że reszta owiec pójdzie za nimi. Niestety, owce uciekły po raz drugi.


 
W tym momencie zrezygnowaliśmy z uczestniczenia w dalszej części redyku. Spojrzawszy na dół, gdzie kłębiło się od narodu, stwierdziliśmy, że nie dla nas taka impreza i poszliśmy za góry, za lasy, na spokojne spędzenie reszty dnia w naturze, gdzie ludzi nie było:)


Podjechaliśmy w kierunku Szczawnicy, ale nie wjeżdżaliśmy do miasteczka, tylko zatrzymaliśmy się koło wodospadu Zaskalnik i udaliśmy się w lasy ku kaplicy w Sewerynówce.



A w drodze powrotnej do Sromowiec Niżnych podziwialiśmy Tatry.