poniedziałek, 27 lipca 2026

Jedziemy na Saharę - Tunezja

Zapowiadał się kolejny skwarny dzień. Tunezyjczycy stwierdzili, że nawet najstarsi Berberowie nie pamiętają takich upałów:) Aby sobie jakoś ulżyć, zmieniamy kolejność dnia i wstajemy o świcie.

 
Miejscowi też już wstali:)


Podjechały 5-osobowe dżipy, z klimatyzacją na szczęście, i pojechaliśmy na Saharę do Ong Jemel w okolice Nefty.


Sahara to największa pustynia świata, zajmuje obszar około 9 milionów km kw. czyli prawie tyle, co cała Europa razem wzięta. W Tunezji jest jej tylko kawałeczek, bo "zaledwie" do 50 tysięcy km kw., ale jest to aż 1/3 powierzchni kraju.





Po zwariowanej ponad 75-minutowej szalonej eskapadzie po piasku, po wertepach, muldach i wydmach, okraszonej wrzaskami i piszczeniem co mniej wytrzymałych członków wycieczki, zatrzymaliśmy się tu:

 
Podobno wszyscy wiedzą co to, ja się dopiero wtedy dowiedziałam, że ta skała  przypominająca szyję wielbłąda "zagrała" w Stars Wars:) Ja takiego czegoś nie oglądam, ale jak wysłałam wielbicielowi serialu swoje zdjęcia na tle tej wydmy, to od razu wiedział, gdzie mnie poniosło:)



 
Róże pustyni - powstają, kiedy na pustyni, z natury bogatej w gips, pada krótkotrwały deszcz. Gips ulega wówczas rozpuszczeniu w wodzie i wsiąka w głąb gruntu. Następnie podziemna woda pod wpływem wysokiej temperatury paruje, pozostawiając w głębi osad w postaci charakterystycznych skupień kryształów gipsu z piaskiem. Kolejne deszcze, dzięki temu samemu procesowi, powodują wzrost kryształów. Czasem osiągają one bardzo pokaźne rozmiary. Tunezyjczycy wykopują je i sprzedają za grosze. Też przywiozłam ładne kawałki wielkości pięści. Troszkę Sahary mam więc w domu.

 
I oto przed naszymi oczami pojawiła się jakaś pustynna osada, w wkoło tylko piasek i piasek...:)



... i jeszcze więcej piasku!


 
W dali ujrzeliśmy tę osadę, która była naszym kolejny celem. To filmowe Mos Espa – autentyczny teren  scenografii „Star Wars”, wciąż stojący pośród piasków Ong Jemel. Miejsce jest odosobnione, ale dostępne dla turystów i odwiedzane regularnie w ramach wycieczek. Plan filmowy pozostawiony na stałe wyglądał tak, jakby ekipa miała zaraz wrócić.



















Za kilka dinarów zrobiłyśmy sobie z poznaną koleżanką zdjęcia z wielbłądem. Kłopot był z jego ... oddaniem:) Tunezyjczyk zaparł się na propozycję przejażdżki i nie chciał przejąć lejc, a ja nie miałam zamiaru wsiadać na zwierzę i jeszcze za to płacić. Co prawda to były naprawdę nieduże pieniądze, jeśli porówna się to z kwotą, jaką za to samo pobierają biura podróży, ale po co miałabym wsiadać na wielbłąda???




Takie miejsca to pułapki na turystów, każdy przekonuje, że MUSISZ u niego coś kupić, po prostu nie możesz odejść z pustymi rękami, choćbyś nawet zaraz tę rzecz wyrzucił... masakra. Jak się bardzo opierasz to uważają, że się targujesz i cena spada do 1/3 ceny wywoławczej. Najpierw chciałam współczuć tym ludziom, ale potem oszacowałam, ile osób przyjechało w czasie naszego pobytu i widziałam, że sporo banknotów zmieniło właściciela:)

Z osady pojechaliśmy na solniska. W okolicy jest słone jezioro Chott El Jerid, teraz całkiem suche. Zresztą, jak jest w nim woda po deszczu to zaledwie o głębokości 10 cm. Tak -  słownie dziesięć centymetrów:) Zahaczyliśmy o kawałek takiego solnego piekiełka, gdzie powietrze parzyło jak żywy ogień.

 
Polska flaga też była, specjalnie poszukałam:)




 
Ten czerwony kolor wynika z obecności związków żelaza, głównie tlenków żelaza i hematytu. 


 To  solnisko także "zagrało" w Gwiezdnych Wojnach".





W planie mamy jeszcze dwie oazy, pierwsza z nich to Chebika leżąca w górach Atlas. Po drodze odpoczywamy wykończeni upałem w dżipach, choć telepie niemożliwie:)



Atlas, syn tytana i okeanidy w walce tytanów z bogami wystąpił przeciwko Zeusowi, a za karę miał przez całą wieczność podtrzymywać sklepienie niebios. Został zamieniony w wysoką górę, a całe pasmo górskie wokół niego otrzymało jego imię. Są to najwyższe góry w Afryce, przechodzące przez terytoria trzech państw (Maroko, Algieria i Tunezja) o długości ponad 2000 km. Akurat w Tunezji są najniższe partie gór Atlas. To właśnie tu, u podnóża góry Jebel El Negub, niedaleko granicy z Algierią, leży piękna oaza Chebika.


















Niektóre sceny z filmów "Gwiezdne wojny" część IV były kręcone w tej właśnie oazie. W wąwozie, po dnie którego płynie potok jest mały wodospad, jest tu bardzo przyjemnie, znacznie chłodniej niż na górze.



W starożytności w Chebice mieścił się tu rzymski obóz wojskowy Ad Speculum, później wioska służyła jako górskie schronienie dla Berberów. Wieś została zniszczona przez powódź w 1969 roku i mieszkańców przesiedlono do nowoczesnych domów u podnóża góry. Stare domy z kamienia i gliny stoją dziś opuszczone. 






Po godzinnym trekkingu wracamy do samochodów i jedziemy do kolejnej oazy. Oaza oazie nierówna. Ta druga oaza to miasteczko Tozeur, gdzie istnieje ponad 200 źródeł artezyjskich i innych studni, co pozwala na uprawę palmy daktylowej. Zaczynamy od najstarszej części miasteczka.


Tu wspomnę przy okazji, że w Tozeur jest lotnisko międzynarodowe. Przed wojną w Zatoce Perskiej w 1991 roku Saddam Husajn wysłał dwa irackie samoloty rządowe Boeingi 747 na to lotnisko, aby zapobiec ich uszkodzeniu w czasie bombardowania Iraku, ale potem nie mógł ich stamtąd odebrać i już nie odbierze:). Dziś oba samoloty stoją na lotnisku od 35 lat. Odbyły się jakieś aukcje sprzedażowe, ale z powodu sporów prawnych żadna z transakcji nie zakończyła się powodzeniem. 



Medyna w Tozeur powstała w XIV wieku,  wyróżnia się tradycyjną architekturą, łączącą autentyczny styl Jeridu z wpływami islamskimi i arabskimi: wszystkie fasady domów i obiektów sakralnych zdobione są lokalnymi cegłami, formowanymi z gliny i wypalanymi w tradycyjnych piecach.



Zakład fryzjerski, pani podlewała kwiaty, przy okazji z uśmiechem polała mi zimną wodą spocone dłonie:)

 
To jest właśnie ściana w stylu jeridu: z żółto-piaskowej cegły robionej ręcznie z gliny, układanej geometrycznie w wypukłe i wklęsłe motywy berberyjskie.  Powstają mikrocienie, więc budynek jest chłodniejszy niż ten o płaskich ścianach, genialne:)!



W tym domu nie ma dzieci..

.
.. a w tym są dzieci. Jak to poznać ? Po trzeciej małej kołatce zawieszonej najniżej. Te dwie większe to osobna dla kobiet po lewej, osobna dla mężczyzn po prawej. Każda wydaje nieco inny dźwięk, po którym można poznać, czy w odwiedziny przyszła kobieta czy mężczyzna. Jeśli przyszedł mężczyzna, otworzyć może mu tylko mężczyzna. Jeśli przyszła kobieta, otworzyć może zarówno kobieta, jak i mężczyzna:)








 

Bardzo klimatyczne miasteczko, dla mnie pobyt tu trwał zbyt krótko, a trzeba było wracać, bo czekały dorożki.



Zasiadłam w dorożce powożonej przez "Majkela", a dorożkę ciągnął koń "Dżekson".:) Panowie dorożkarze mają poczucie humoru, więc była też dorożka o nazwie Titanic z woźnicą Leonardo i koniem Dicaprio:) 
Dorożkami pojechaliśmy do Eden Palm.




 
Jest tu ogromna oaza palmowa i uprawa daktyli prowadzone przez pana pochodzącego z Włoch. Jak sam przyznał, musiał wziąć za żonę Tunezyjkę, ponieważ jako obcokrajowiec nie miałby szansy dzierżawić tej daktylowej farmy. Jest tu 20 000 palm daktylowych. Na miejscu prowadzą też małe Muzeum Palmy, po którym pan nas oprowadził, bardzo ciekawie opowiadając o drzewach i procesie produkcji





Inny pan obsługujący gości najpierw poczęstował nas miętową herbatą, a potem bez żadnego zabezpieczenia wlazł na palmę i... przepadł w jej koronie:)



Na miejscu jest też sklepik z przetworami z daktyli. Ceny raczej włoskie niż tunezyjskie, bo czyż 17 dinarów czyli około 20 pln za maleńki słoiczek dżemu daktylowego to nie za dużo? Ale raz się żyje, spróbować trzeba:) I tym sposobem kilka słoiczków plus syrop daktylowy wylądowały w mojej torbie. O tym, że było warto, przekonałam się zaraz po powrocie do domu. Jakie do było dobreee... a słodkie jak sam czort:)



 
Wracamy do "domu" czyli do kolejnego hotelu szykować się na jutrzejszą wyprawę do Berberów.