wtorek, 27 października 2026

Ukraina - Starostyna, Bieszczady Wschodnie

Nasz kolejny plan wycieczkowy przewiduje przejście fragmentem Grzbietu Wododziałowego Bieszczad Wschodnich ze szczytem Starostyna. Zaspani i ziewający gramolimy się do busa. Wstaje świt.



Podjeżdżamy na kawę na wiejską stację benzynową, benzyna jest, kibelka nie ma, kawa jest - zalewana z czajnika. Lepszy rydz niż nic.



W nocy był przymrozek, jeszcze szczypie w palce, nos i uszy. Trawa i rośliny białe od szronu. 


Wystarczyła godzina jazdy i świat jest już całkiem inny, jasny i barwny. Przymrozek i mgły znikają, zdejmujemy rękawiczki. Wchodzimy na trasę, nie na szlak. Szlaku tak naprawdę nie ma. Nie ma oznaczeń, tabliczek czy czegokolwiek innego, co by pokazywało drogę na szczyt. Zamierzamy iść "na czuja", w planie jest obejście góry Starostyna i wejście na nią od tyłu, a potem zejście inną trasą. Chcemy zrobić dużą pętlę, żeby nie wracać tą samą drogą. Zgubić się nam nie wolno, bo w Ukrainie nie ma takiego GOPR-u jak polski, są służby ratunkowe, ale raczej nie można na nie liczyć. Ratownicy poszli na wojnę. Poza tym, jeśli nie chodzi o ratowanie życia, to trzeba słono zapłacić, o ile oczywiście w ogóle ktoś przyjmie zgłoszenie. Podstawowa wskazówka dla nas to: w prawo, na górę i na lewo, potem z góry i też w lewo:)


No więc idziemy, początek trasy jest dość stromy, można się dobrze spocić, ale widoki zacne. 





Stąd widać połoninę i szczyt Starostyny, ale to kilka kilometrów drogi. Zresztą, połonina zaczyna się od Kińczyka Hnylskiego i ciągnie się aż po PIKUJ. To około 20 km! Trudno porównać to do najdłuższej polskiej Połoniny Wetlińskiej, która ma około 8 km długości. My przejdziemy fragment połoniny, ale najpierw trzeba tam dotrzeć:) Planujemy przejść przełęczą między górą Drohobycki Kamień a Starostyną i dopiero potem się na nią wspiąć.








Wchodzimy na teren Parku Narodowego „Bojkowszczyzna". Na terenie parku znajduje się wspomniany wyżej Pikuj  i  teren Grzbietu Wododziałowego, gdzie idziemy. Lasy parku stanowią schronienie dla dużych karpackich drapieżników: niedźwiedzi brunatnych, wilków oraz rysi. Nazwa parku bezpośrednio nawiązuje do Bojków – grupy etnicznej górali karpackich, którzy od wieków zamieszkują te tereny. 



 
Zbocza gór porasta buk, jeden z najważniejszych i najbardziej dominujących gatunków, tworzący wraz z jodłą regiel dolny, ale większość lasów parku to cenne ekologicznie lasy mieszane bukowo-jodłowo-świerkowe o charakterze zbliżonym do naturalnego, w których zachowały się wiekowe drzewa oraz duże ilości martwego drewna.




Silne wiatry, oblodzenia oraz zalegający przez długi czas ciężki śnieg powyginały młode drzewa. Również powolne zsuwanie się gleby na stromych zboczach sprawia, że drzewa próbują korygować swój wzrost i pionizować pień, co tworzy charakterystyczne pałąkowate wygięcia u podstawy. 




 
Okrążyliśmy górę w kilka godzin idąc bez szlaku leśnymi duktami i na każdym skrzyżowaniu wzajemnie się konsultując, którędy dalej. Co prawda był z nami ktoś, kto mienił się zawodowym przewodnikiem, ale... ostatnio był tu wiele lat temu i nic nie pamiętał:)


Wyszliśmy na tyle wysoko, że widać jak na dłoni szczyty Drohobyckiego Kamienia i Kińczyka Hylskiego, pokryte rozległymi połoninami.




  
Widok na otaczające góry ze szczytu Starostyny, 1229 m n.p.m. Na szczytach nie ma żadnych tablic ani słupków, jak to się praktykuje w polskich Bieszczadach.  Kiedyś były tu słupki graniczne, ale zostały skradzione przez mieszkańców wsi Husne i są teraz na cmentarzu w tej wsi. Tam znalazły swoje miejsce „wiecznego” spoczynku, jako kamienie nagrobne wielu dawnych mieszkańców wsi. Podobno doskonale widać na nich wykute symbole i daty świadczące o poprzedniej funkcji.

Do 1772 roku przebiegała w tym miejscu granica polsko-węgierska. Na przełomie lat 1914 i 1915 po stronie wschodniej szczytu miała miejsce bitwa między wojskami austro-węgierskimi a armią Imperium Rosyjskiego. Kontrola nad tym pasmem górskim decydowała o możliwości wkroczenia wojsk rosyjskich na terytorium ówczesnych Węgier lub odepchnięcia ich z powrotem do Galicji. Walki miały charakter wyniszczającej wojny pozycyjnej i manewrowej. Żołnierze musieli mierzyć się nie tylko z przeciwnikiem, ale też z ekstremalnymi warunkami zimowymi, głębokim śniegiem, bieszczadzkim błotem oraz silnymi mrozami. Na szczycie Starostyny zachował się głęboki okop z tych czasów.

W dwudziestoleciu międzywojennym biegła tędy południowa granica Polski.



 
Po zasłużonym marszu, przerwa na odpoczynek i posiłek na Przełęczy Chresty położonej na wysokości 1109 m n.p.m.. Posileni, gotowi na dalsze pokonywanie kilometrów ruszamy w kierunku Rozsypańca 1131 m n.p.m., mając piękne widoki na cztery strony świata. 














 
Przed nami kolejny nasz cel: szczyt Żurowka 1226 m n.p.m. Pośrodku, na drugim planie, widoczny mały "cycek" - to właśnie Pikuj.




 
Na ostatnim planie, nieco jaśniejsze pasmo, to polskie Bieszczady Wysokie z Tarnicą.




 
Z Żurowki kierujemy się na Behar 1226 m n.p.m i dalej na Wielki Wierch 1309 n.p.m.






Wysoki Wierch to dla nas ostatni szczyt, można iść jeszcze dalej, ale czas nam się kończy, mamy dotrzeć na granicę na określony czas, więc schodzimy na dół w kierunku linii lasu.


Buki na granicy połonin przybrały atrakcyjne formy, niskie i pokrzywione, co jest sposobem na ich przetrwanie w trudnych warunkach.  Buk jest plastycznym gatunkiem, a w praktyce potrafi przetrwać w niemal każdych warunkach,  nawet bardzo suchych lub wilgotnych. Zmienia wówczas formę, co jest rodzajem walki o przetrwanie.


 
Jeszcze parę kilometrów lasem i będziemy na dole.




Ostatni odcinek po wyjściu z pasma lasu pokonujemy w pośpiechu, aby zdążyć na przejście graniczne na odprawę. Na liczniku  i w nogach 23 kilometry. 

Potem okazuje się, że starcza jeszcze czasu zakupy w "Rukawiczce" w Chyrowie, skąd wychodzę z pełną torbą ukraińskich słodyczy:) Na granicy stawiamy się na czas, ale... okazuje się, że jest tu istna katastrofa! W nocy zmieniony był czas, granicę zamknięto na 3 godziny. Był alarm dronowy - granicę zamknięto na kolejne 2 godziny. Medyka dla autobusów zamknięta. Przed nami odprawiają się autobusy z godzin nocnych dnia poprzedniego! Tzn. odprawiły by się, jakby polskie służby graniczne wzięły się za robotę. Ale im się nie śpieszy. Ukraińcy odprawiają migiem, polscy funkcjonariusze graniczni mają czas... A ten czas leci. Jeden autobus raz na dwie godziny. Bo to kontrola osób, kontrola autobusu, kontrola i prześwietlania bagaży, pies szukający broni i narkotyków, papierologia... Powoli, bez pośpiechu... A przed nami jest 18 autokarów, ukraińskie turystyczne i rejsowe, w tym kilka piętrowych. Polskich tylko 2 pojazdy. Stoimy jakieś 7 km od granicy, bo na przejście z powodu bezpieczeństwa podjeżdżają jednocześnie maksymalnie dwa pojazdy. Policzyliśmy, że czeka nas doba na granicy, bo my też liczeni jesteśmy jako autobus, jako, że w busie mamy więcej niż 11 miejsc. Osobówki jadą na bieżąco bez kolejki. Zrobiło się nerwowo:) Mam doświadczenie w organizacji imprez turystycznych, co prawda sprzed 20 lat, ale coś jeszcze zostało w głowie, więc pytam kierowcę busa (wynajętego na miejscu, w Bieszczadach), czy nie ma kogoś, kto by nas wywiózł autem osobowym z Ukrainy. Milczy, jakbym jakąś głupotę strzeliła. Ale chyba sobie coś przemyślał, bo był najbardziej wściekły z nas wszystkich i zaczął gdzieś dzwonić. Za godzinę przyjechał jeden pan osobowym i jeden busem 9 osobowym i nas wywieźli z granicy w pół godziny. Nasz kierowca z busem został, przypuszczam, że wrócił do domu dopiero w poniedziałek na wieczór. Jeszcze  nigdy się z czymś takim nie spotkałam przy okazji moich wyjazdów na Ukrainę. Powrót do domu to już był mały pikuś:)