W zeszłym roku zdobywając Wysoką, najwyższą pienińską górę, obiecałam sama sobie, że jeszcze do Szlachtowej przyjadę i wejdę na Wysoki Wierch. I spełniło się. Tak jak poprzednio, zaparkowaliśmy przy Muzeum Pienińskim obok małego lapidarium.
Stąd pieszo szlakiem żółtym udaliśmy się w kierunku Wysokiego Wierchu. Szlak leży poza parkiem narodowym, więc mogliśmy wziąć psa, który przecież bardzo lubi łazić po górach, a im stromiej, tym bardziej jest zadowolony:)
Poruszaliśmy się po obszarze tzw. Małych Pienin, które zajmują teren zaledwie 14x4 km i leżą na granicy polsko-słowackiej. Nazwa Małe Pieniny pojawiła się dopiero w połowie XIX wieku. W dokumentach z XVIII w. występowały pod nazwą Góry Szlachtowskie (Ruś Szlachtowska). Dawniej gospodarzyli tu Łemkowie, mieszkańcy dawnych wsi zajmowali się głównie rolnictwem i pasterstwem, a po zakończeniu prac polowych wędrownym drutowaniem garnków. Po wojnie ludność w ramach Akcji Wisła została wysiedlona, a osiedlili się tutaj polscy osadnicy, głównie z Podhala. Łemkowie po słowackiej stronie pozostali na swojej ojcowiźnie.
Trasa nie jest trudna, ale wymaga trochę kondycji. Maszeruje się przyjemnie, na co wpływ ma także piękna pogoda. Nie śpieszymy się. Pierwszy etap to Przełęcz Pod Huściawą położona na wysokości 756 m n.p.m., skąd roztaczają się widoki na odległe Tatry oraz na Trzy Korony.
Idziemy dalej szlakiem żółtym, równolegle biegnie trasa rowerowa, po której co jakiś czas przejeżdża wyczerpany rowerzysta w obcisłych majtkach:)
W bacówce można było kupić sery, a po sąsiedzku na pastwisku wylegiwały się i pasły zwierzęta. Psa niewiele obeszły, natomiast my przyglądaliśmy się z przyjemnością:)
Wkrótce zaczęliśmy wdrapywać się na Wysoki Wierch, zwany przez Łemków Groniem. Z każdym krokiem otwierają się nowe widoki.
W dole dwie słowackie wsie: Leśnica i Wielki Lipnik.

Szczyt Wysokiego Wierchu wygląda jak wielka kopuła.
Na szczycie można przybić pieczątkę do książeczki PTTK. Zatrzymujemy się tu na dłużej, szczyt jest rozległy i porośnięty trawą, świetne miejsce na odpoczynek z widokami na cztery strony świata. Po jednej stronie Polska, po drugiej Słowacja.
Po południu schodzimy w kierunku schroniska Pod Durbaszką.
Schronisko Pod Durbaszką leży na wys. 850 m n.p.m. Jest to ośrodek szkoleniowy, jest bar, ale nie ma piwa, hurra. Najgorsze, co można spotkać w górach to podchmieleni faceci z puszkami piwa w ręce, obrzydliwość:)
Zjedliśmy, poleżeliśmy na łące i postanowiliśmy wracać inną drogą, wybierając niebieski szlak do Jaworek.
Tu spotykamy owce na wypasie w ich naturalnym środowisku. Pięknie! A jednocześnie chwila niepokoju, bo ze stadem są psy pasterskie, a moja piesa nienawidzi psów, zeżarłaby każdego, małego i dużego, który zbliży się, gdy ona idzie z pańcią. Za to kocha ludzi z wyjątkiem podchmielonych facetów w czapkach:) Na szczęście psy pilnujące owiec skupione są na czym innym i do nas nie podchodzą.
Kończymy w Jaworkach, stąd do auta około 1,5 km. To był przyjemny, udany dzień. Jednocześnie zorientowałam się, że w okolicy jest jeszcze wiele ciekawych tras, więc nie jest wykluczone, że tu jeszcze wrócę:)