Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kapliczka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kapliczka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 12 czerwca 2025

Beskid Niski - przez Krempną do Huty Polańskiej

Krempna leży na lewym brzegu Wisłoki, w niewielkiej kotlince u południowych podnóży masywu Kamienia. Mając bardzo ograniczony czas oraz inne cele, zatrzymałam się tu tylko na chwilę.

Jakieś dwa lub trzy km od wsi Wisłoka wygląda tak...

... a w Krempnej przy zaporze już tak. Niestety, wyraźnie widać suszę... szczególnie za zaporą, zalewu już nie ma.



Najcenniejszym zabytkiem w Krempnej jest cerkiew św. Kosmy i Damiana, dawna łemkowska cerkiew greckokatolicka,  powstała w latach 1778–1782 na miejscu wcześniejszej, która stała 275 lat, i z wykorzystaniem materiałów ze starszej świątyni. 24 lipca 2007 podczas prowadzonych prac konserwatorskich runęła do wnętrza świątyni kopuła i dach nawy głównej, co było przyczynkiem do gruntownego remontu cerkwi  i konserwacji wyposażenia w latach 2007-2013. 



Przed świątynią stoi kamienna figura św. Mikołaja z XIX wieku z ośrodka kamieniarskiego w Bartnem.


Rokokowy ołtarz główny z obrazem przedstawiającym św. Mikołaja i drewniane tabernakulum z ikonami na ściankach.


W przedsionku feretron ( przenośny, obustronnie namalowany obraz w ozdobnych ramach)  z rzeźbioną figurą ubranej w szaty, z prawdziwymi włosami Matki Boskiej.


W otoczeniu dwa nagrobki, z czego jeden z kamiennym prawosławnym krzyżem.


Z Krempnej do Huty Polańskiej jest około 12 km pieszo.




 
W głębi schronisko Hajstra.



Huta Polańska to teraz pustkowie. Jedynymi śladami ludzkiej obecności są stare drzewa owocowe – jabłonie i grusze, otoczony lasem, zadbany cmentarz z wieloma krzyżami i odnowionymi nagrobkami oraz odbudowany z inicjatywy księdza Jana Delekty kamienny kościół św. Huberta i św. Jana z Dukli.




Wieś Huta Polańska była w tym miejscu już w XVI lub XVII wieku, i co ciekawe, była to wieś polska. Wokół tereny zamieszkiwała ludność pochodzenia rusińskiego, natomiast w to miejsce przybyli Polacy z północnych podgórzy Karpat, osiedlili się i pobudowali hutę szkła, która istniała do połowy XIX wieku. W czasach konfederacji barskiej, a właściwie już po jej upadku podobno osiedliła się tu także część konfederatów z rozbitych w pobliżu oddziałów.
W dwudziestoleciu międzywojennym zabudowania wsi ciągnęły się aż pod samo pasmo graniczne - do granicy ze Słowacją jest stąd 2 km.  W latach 30-tych we wsi była szkoła, biblioteka, a także kościół i placówka straży granicznej. 

  
Wieś istniała do II wojny światowej. Wojna przyszła tu bardzo szybko, bo już 2 września 1939 roku wdarła się od strony słowackiej grupa nierozpoznanych dywersantów, która ostrzelała placówkę Straży Granicznej. 7 września na teren wsi wtargnęły oddziały 1 Dywizji Górskiej gen. Kublera. Walki trwały do 9 września. Niemcy założyli tu swoją placówkę graniczną i 13 września wysiedlili całkowicie  Hutę Polańską.  Radziecka 38 Armia gen. Moskalenki prowadząc zmasowany ogień artyleryjski na zajętą przez Niemców wieś zniszczyła opustoszałe zabudowania. Dzieła zniszczenia dokonali wycofujący się Niemcy, paląc prawie całkowicie Hutę i zrównując ją z ziemią. Na 67 budynków ocalało zaledwie 4 i to uszkodzone. Zrujnowany został także kościół, odbudowano go w 1990 roku.
 Mimo to istniała tu komórka AK oraz punkt przerzutu na Węgry. Od końca września 1939 r. do końca lata 1944 r. kurierzy przeprowadzili przez granicę z Huty Polańskiej do słowackiej wsi Nižná Pisaná ok. 400 osób.







Od kościoła w 20 minut można dojść do przysiółka Paryszowskie oraz na przełęcz graniczną,  Mazgalica (brak widoków, teren zalesiony). Po drodze stary cmentarzyk katolicki.





Paryszowskie to dawny przysiółek Huty Polańskiej położony ok. 1 km na wschód od kościoła. Została po nim tylko jedna kamienna kapliczka.







Powrót tą samą drogą obok schroniska turystycznego.

niedziela, 30 czerwca 2024

Bieszczady

Najdalszą miejscowością wyznaczającą granicę osadnictwa polskiego na granicy Bieszczad i  Beskidu Niskiego w XIV wieku były Radoczice, obecnie Radoszyce. Wieś istnieje do dziś. Ciekawostka: od listopada 1918 do stycznia 1919 wieś należała do tzw. Republiki Komańczańskiej, o czym pisałam TUTAJ ! 

Tuż za wsią, od południa znajduje się "cudowne" źródełko. Według legend, żyła we wsi dziewczyna, która cierpiała na jakieś potworne zmiany skórne. Choroba tak bardzo jej dokuczyła, że postanowiła popełnić specyficzne samobójstwo, więc poszła do lasu z nadzieją, że albo ją wilki zjedzą albo żmija ukąsi. Zamiast tego przy źródełku, w okolicy zbiegu  dwóch strumyków objawiła jej się Matka Boska, która zaleciła kurację wodną. Leczenie pomogło, skóra wyzdrowiała, a źródełko okrzyknięto cudownym, tym bardziej, że były kolejne uzdrowienia. Do Radoszyc ruszyły pielgrzymki Łemków z okolicznych wsi galicyjskich oraz od węgierskiej strony. Tradycja święcenia i picia wody przetrwała do czasu wysiedleń miejscowej ludności w 1947 roku. Odnowiono ją w 1999 roku poprzez ocembrowanie źródełka i postawienie prawosławnej kapliczki. W bezpośrednim sąsiedztwie przyjemny las i ciurkające strumyczki.




  

W kapliczce umieszony jest ocalały obraz przedstawiający Chrystusa modlącego się na Górze Oliwnej, który pochodzi z poprzedniej kapliczki i był przechowywany w miejscowym kościele. 





W Radoszycach na wzgórzu odwiedziłam cerkiew św. Dymitra z 1868 roku, aktualnie użytkowaną jako kościół katolicki. W 1947 roku w czasie wysiedlania ludności rusińskiej, żołnierze LWP obrabowali cerkiew, wywożąc komplety strojów liturgicznych, kielichy i trzy dzwony.


Do cerkwi prowadzi murowana brama-dzwonnica z pocz. XX wieku, zwieńczona trzema hełmami o formie podobnej do kopuł cerkwi. 




 Obok cerkwi ze starego cmentarzyka zachował się jeden nagrobek z 1868. 



 
W Radoszycach tego dnia odbywa się festiwal wypału drewna, wiec biorę udział. Jest wystawa zdjęć, pokazowa buda wypalacza, warsztaty z wykorzystaniem produktów wypału drewna, pokaz wypalania węgla drzewnego w retorcie oraz mielerzu, a także jadło i popitka:)











W Komańczy byłam już kilka razy, ale chyba nie wspomniałam o muralach Andrejkowa. Są pod wiaduktem oraz w jego sąsiedztwie.




Deskal "Dziewczyny łemkowskie z Komańczy"


Z okolic wiaduktu na wzgórzu z daleka widoczna kaplica cmentarna rzymskokatolicka i współczesny cmentarz z ładnym widokiem na okolicę.



Ponieważ Komańcza tym razem nie jest moim celem, ruszam dalej, ku Dołżycy. Upał doskwiera, więc spędzam trochę czasu piknikując przy wodospadzie.



 
Na koniec dnia, po powrocie w okolice cerkwi w Komańczy, udałam się szlakiem w góry podziwiać widoki i tak mi zeszło aż do wieczora. Na powrót zdecydowałam się dopiero, gdy zobaczyłam świeże wilcze odchody:) Ich rozpoznawania nauczyłam się na opisywanym wcześniej rajdzie po Pogórzu Przemyskim. Choć pokusa zobaczenia wilka była wielka, zwyciężyła obawa i wróciłam:)


















Oprócz widoków i górskich przechadzek, w bieszczadzkim krajobrazie pociągają mnie cerkiewne świątynie, więc kolejnego dnia wybieram się do Szczawnego. Mogę podziwiać na szlaku do punktu widokowego piękne krajobrazy (tam i z powrotem 14 km pieszo).



 

 
Przy drodze do cerkwi krzyż z ukraińskim i polskim napisem upamiętniającym akcję Wisła z 1947 roku. Różnie tu wcześniej było. W latach 1944-1946 nacjonaliści ukraińscy z OUN-UPA zamordowali w Szczawnem 15 Polaków, w tym naczelnika stacji kolejowej i kilku kolejarzy. Spalili też 136 gospodarstw. Oni krzyża nie mają, przynajmniej nie znalazłam go we wsi. Szkoda, że nikt o tym nie pomyślał.


Cerkiew prezentuje się pięknie, z zielonym dachem i rynnami. Gdy stara cerkiew spłonęła, tę postawiono na jej miejscu w 1889 roku. Wykonał ją utalentowany cieśla Hojsana  pochodzący ze wsi Płonna, położonej w ziemi sanockiej przy drodze z Komańczy do Bukowska. 


W 1925 roku wnętrze cerkwi ozdobiono polichromią wykonaną przez malarzy przemyskiego Towarzystwa "Widrodżennia" - Pawła Zaporożskiego i Palija Nejło. Grupę tę tworzyli akademicko wykształceni malarze - jednocześnie oficerowie i żołnierze Armii Ukraińskiej Republiki Ludowej (Petlurowcy), którzy osiedli w Polsce po ciężkich walkach z Armią Czerwoną w 1920 r. i wyparciu armii ukraińskiej na terytorium Rzeczpospolitej. 
Cerkiew po dziś dzień nie jest zelektryfikowana. Na codzień jest zamknięta, zwiedzanie odbywa się okazjonalnie i po umówieniu, więc tylko obejrzałam jak wygląda na stronie twojebieszczady.net, autorem poniższego zdjęcia jest Mirek Piela.


Po II wojnie cerkiew przestała być użytkowana. W 1959 roku sprzedano ją osobie prywatnej z Rymanowa z przeznaczeniem do rozbiórki, jednak cerkiew uratowano dzięki wielkiemu zaangażowaniu wiernych, szczególnie rodziny Mikołaja Macko. Mackom udało się uciec z transportu do Ukrainy, a następnie powrócić do Szczawnego, podobnie jak kilka innych rodzin. Szczawne zamieszkiwali już inni mieszkańcy, górale sądeccy i aby nie dopuścić do zniszczenia cerkwi, razem z prawosławnymi chodzili do świątyni robiąc  tzw. "sztuczny tłok":) Tak się w tę akcję wciągnęli, że aż przeszli na prawosławie i w 1962 roku cerkiew została przekazana wiernym kościoła prawosławnego.


Dzwonnicę wybudowano wraz z cerkwią. Obok znajduje się cmentarzyk z ciekawymi nagrobkami.


Nagrobek Honoraty Lewickiej (1830-1882), żony proboszcza Ilji Lewickiego pełniącego swoją posługę w latach 1849-1895.


 
Tam z tyłu, za tym dużym nagrobkiem jest grób rodzinny właścicieli Szczawnego - Groblewskich; rodziny, która władała majątkiem do 1946 roku, do parcelacji tych dóbr. Jeden z jej członków, Michał Groblewski był uczestnikiem Powstania Styczniowego w 1863 r. Żywo interesował się również życiem i kulturą Łemków stanowiących większość mieszkańców tej okolicy. Pod wpływem tej fascynacji napisał sztukę zatytułowaną “Grajek z gór”.

A ten wielki z przodu to grób Mikołaja Macko zmarłego w 1988 roku i jego żony Marii.



Grób córki proboszcza ? Urodzona w 1871 roku, kiedy proboszcz był pewnie po 40-tce... bardzo możliwe...


Ze Szczawnego już tylko rzut beretem czyli 2 km do świątyni św. Michała Archanioła w Kulasznem. Nie to, żeby mnie ta budowla jakoś specjalnie intrygowała. To nowa greckokatolicka cerkiew z 2006 roku, jak wieść niesie, wiecznie zamknięta.


Ale po drodze są ładne widoki...







A na tej szosie we wrześniu odbywają się samochodowe wyścigi górskie Szczawne- Kulaszne, zakrętów co niemiara, więc na pewno jest adrenalina:)
Natomiast teraz zmierzam na przycerkiewny cmentarz, gdzie pochowany jest Jędrek Połonina. Naprawdę nazywał się Andrzej Wasilewski, był rzeźbiarzem i człowiekiem Bieszczad. Artysta  kochał konie, więc jego grób ozdabia krzyż z końskich podków. Podczas pogrzebu Jędrka Połoniny zaintonowano przy dźwiękach gitary pieśń: „On zawsze mówił prosto w oczy, że kląć nie trzeba na ten świat, że można leżeć nawet w błocie i patrzeć na niebo pełne gwiazd”. Na głazie nagrobnym wyryto napis „Słuchałem pieśni strumienia, wycinanej czekanikiem na kamieniach”.



Jędrek zginął pod kołami samochodu prowadzonego przez pijanego kierowcę. Nie jest tajemnicą, że sam też nie był trzeźwy. Połonina nigdzie na zagrzał miejsca. Po ucieczce z Brodnicy w Bieszczady mieszkał w Glinnem, Orelcu, Solinie, Terce, Krempnej, Wetlinie, Lesku, Zagórzu i na koniec w Kulasznem. Był między innymi pierwszym komisarzem Bieszczadzkiej Galerii Sztuki „Synagoga” w Lesku, ale już po trzech miesiącach pracę tę porzucił. Czasem pracował jako dekorator czy scenarzysta. Pasjami włóczył się po Polsce i odwiedzał znajomych artystów albo konno przemierzał bieszczadzkie Połoniny, stąd jego przezwisko. Rzeźbił piękne madonny, anioły, kapele, malował bieszczadzkie strachy i cerkiewnych świętych. Malował ilustracje do książek. Tworzył płaskorzeźby do kościołów. Był utalentowany i beztroski, żył po swojemu. To bardzo trudna umiejętność, nie każdemu dana...


Zauważam przy okazji, że na cmentarzu są współczesne nagrobki zarówno polskie, jak i ukraińskie.



A to pozostałości po cmentarzu należącym do starej spalonej cerkwi prawosławnej.

Jestem teraz w  dziwnym miejscu, na styku Beskidu Niskiego, Bieszczad i Gór Sanocko-Turczańskich...