Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kolechowice. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kolechowice. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 listopada 2026

Pojezierze Łęczyńsko-Włodawskie - Kolechowice

Przy okazji listopadowych świąt pomyślałam o dalszym znajomym, który nie żyje już chyba z 15 lat i pojechałam na Pojezierze zapalić mu świeczkę. Przy okazji co nieco pooglądałam, bo dlaczego nie:)  Dzień był tak ponury, jak tylko listopadowy dzień to potrafi, a o 16.00 było już ciemno.

Po drodze zatrzymałam się w Kolechowicach.  To stara rusińska wieś, której początki sięgają 1317 roku, kiedy to król Władysław Łokietek wydał dokument lokacyjny oparty na prawie niemieckim. Ze względu na swoje położenie na skraju ziemi lubelskiej, wieś kontrolowała dawny trakt komunikacyjny wiodący na wschód, była wsią "królewską" - miejscem użytecznym dla zarządzania pograniczem.  Podczas wojny domowej z kozakami Bogdana Chmielnickiego we wsi zamordowano wszystkich prawosławnych duchownych: Erazma, Eustachego i Prokopa Czerniejewiczów, którzy byli synami tutejszego proboszcza ks. Bazylego Czerniejewicza. Miało to istotne znaczenie dla parafii, bo wówczas była ona dziedziczna - syn dziedziczył parafię po ojcu. Na skutek śmierci synów parafię przejął "obcy" duchowny o imieniu Stefan, którego nazwisko nie zachowało się. Kolechowice to jedna z najstarszych i najważniejszych historycznie miejscowości o korzeniach prawosławnych na obszarze nadwieprzańskiej Lubelszczyzny.


We wsi znajduje się prawosławna cerkiew Świętych Kosmy i Damiana. Podczas najazdu tatarskiego w 1668 r. zrujnowana została stara drewniana cerkiew. Obecna to dawna kaplica cmentarna, dawniej filia cerkwi parafialnej zniszczonej w czasie akcji rewindykacyjnej w 1938 roku. Została zbudowana w 1902 na grobie Zofii Dudzińskiej, matki wieloletniego proboszcza miejscowej parafii, ks. Antoniego Dudzińskiego, który też sam sfinansował budowę kaplicy kosztem 4 000 rubli. W 1915 roku świątynia została porzucona, gdyż prawosławna ludność miejscowości udała się na bieżeństwo. Gdy pod naporem armii niemieckiej wojska carskie zaczęły się wycofywać, zastosowano taktykę „spalonej ziemi”. Rozpowszechniano plotki o okrucieństwach Niemców, nakazując lub silnie sugerując ewakuację. Prawosławni (i częściowo katoliccy) mieszkańcy Kolechowic spakowali dobytek na wozy i ruszyli na wschód.  Droga wiodła przez Włodawę, Brześć i dalej w głąb Rosji – wielu uchodźców z tych rejonów trafiło nad Wołgę, Don, a nawet na Syberię i do Azji Środkowej. Szacuje się, że z powodu głodu, wycieńczenia oraz epidemii tyfusu i cholery, w trakcie podróży zmarła nawet 1/3 bieżeńców.

Po zakończeniu I wojny światowej i rewolucji w Rosji, mieszkańcy Kolechowic zaczęli wracać do nowo powstałej II Rzeczypospolitej. Zastali spalone domostwa, zarosłe pola i zdewastowaną infrastrukturę. Tragiczny los dopełnił się w 1938 roku, gdy w ramach akcji polonizacyjno-rewindykacyjnej zniszczono główną cerkiew parafialną w Kolechowicach. Obecna cerkiew cmentarna została zamknięta w czasie II wojny światowej, po opuszczeniu wsi przez ludność ukraińską wyznania prawosławnego w latach 1944-46. W 1987 cerkiew została reaktywowana, okazjonalnie odbywa się tu nabożeństwo, ale wiernych stałych w okolicy już nie ma. 


 
Cerkiew położona jest wśród pól, dojście jest możliwe polną drogą, około 300 m od szosy.



Cerkiew jest nieduża, zajrzałam przez szybę do środka - widać, że czas dokonał zniszczeń. Wewnątrz ściany są błękitne, okna obramowane namalowanymi kwiatami. Jest trochę wyposażenia przeniesionego ze starej zburzonej w 1938 roku cerkwi głównej.



Cerkiew otacza cmentarz prawosławny, który wraz z cerkwią ma status zabytku.


Znaną i zasłużoną dla Kolechowic postacią był Władysław (Włodzimierz) Dziadko, formalnie opiekun cerkiewny z Dratowa. „Wobec upadku ducha religijnego po wojnie” – jak głosił apel metropolity Dionizego, prowadził nabożeństwa w kaplicy cmentarnej w Kolechowicach (te niewymagające obecności wyświęconego księdza). Miało to miejsce np. w grudniu 1926 r., gdy z powodu warunków atmosferycznych żaden z księży nie był w stanie dojechać. Dziadko wspomagał także posługę wędrownych misjonarzy, prowadząc np. chóry. Zmarł 15 listopada 1942 r. i został pochowany na prawosławnym cmentarzu w Kolechowicach w jednym grobie z inną osobą, o innym nazwisku (Wójcik) zmarłą w tym samym dniu.


Pochowany tu, w sąsiednim grobie, Mikołaj Wójcik był jednym z lokalnych gospodarzy i aktywnych działaczy parafii prawosławnej. Wraz z innymi mieszkańcami angażował się w utrzymanie cerkwi w okresie międzywojennym. Brał czynny udział w dramatycznych wydarzeniach latem 1938 roku, kiedy to lokalna społeczność – bez użycia przemocy, wyłącznie poprzez płacz, modlitwę i głośny protest – próbowała powstrzymać rządowe ekipy przed zburzeniem ich murowanej świątyni. Zmarł w wieku 32 lat w czasie II wojny. Pochowany pewnie z ojcem, Kuźmą Wójcikiem, zmarłym 4 grudnia 1941 - data do zapamiętania.




 
Grób małżeństwa Bryków. Data śmierci 4 grudnia 1941 oraz 9 grudnia 1941. Jest jeszcze kilka nagrobków z tą lub zbliżoną datą śmierci. Przypadek ? Początek grudnia 1941 roku to czas katastrofalnej fali arktycznych mrozów. Temperatura w regionie gwałtownie spadła poniżej -30°C.  To dokładnie ten sam tydzień, w którym z powodu ekstremalnego zimna załamała się niemiecka ofensywa pod Moskwą. W realiach wojennej biedy, braku opału, lekarstw i strachu pod okupacją, tak ciężkie warunki zbierały śmiertelne żniwo wśród starszych mieszkańców wsi. Grudzień to także okres rozliczania narzuconych przez okupanta drakońskich kontyngentów na zboże, ziemniaki i mięso. Niemieccy urzędnicy, wspierani przez wojsko i żandarmerię, brutalnie rewidowali gospodarstwa w Kolechowicach i okolicach, odbierając rolnikom zapasy. Ukrywanie żywności wiązało się z ryzykiem natychmiastowego aresztowania, zsyłki do obozu lub rozstrzelania na miejscu.
W tym samym czasie w getcie w pobliskim Ostrowie Lubelskim wybuchła epidemia tyfusu, która zbierała śmiertelne żniwo i budziła strach również wśród ludności Kolechowic, obawiającej się rozprzestrzenienia choroby.

Przyczynę swojej śmierci grudniowe ofiary zabrały do grobu.

 
Wyjątkowe zdjęcie pięknej uśmiechniętej kobiety na nagrobku.



Zaciekawił mnie także poniższy nagrobek. Chomik Iwan i Chomik Olga. Pobawiłam się w śledczego:)


 
Był od niej starszy o 14 lat. On miał 62 lata, gdy zmarł w 1944 jako Jan Chomik. Ona miała 82 lata, gdy zmarła w 1978 roku. Przeżyła go o 34 lata, wdową została w wieku 48 lat. Zapewne mieli dzieci. Pewnie już były dorosłe...

 
Nagrobek mieli po polsku, i ona i on, czyli byli spolonizowani, choć prawosławni...ale czy na pewno ? Krzyż bez ukośnej belki, może katolicki albo unicki ? Współcześnie ktoś z bliskich dostawił z przodu, z zachowaniem starego - drugi, nowy nagrobek z napisami cyrylicą. Nabożeństwa w cerkwiach odprawiano w języku staro-cerkiewno-słowiańskim, a kazania, nauki parafialne oraz administrację cerkiewną prowadzono w języku rosyjskim. Ale tu, na poniższym nagrobku mamy język ukraiński, o czym świadczy literka "p" od рік po dacie śmierci, bo jakby był rosyjski to byłoby "г" od  год. oraz litera "I" w nazwisku. Jaki z tego wniosek ? W latach 1944-1946 niektóre rodziny z Kolechowic zdecydowały się na wyjazd do Radzieckiej Ukrainy (m.in. w rejon Wołynia i centralnej Ukrainy). Zapewne jakaś część rodziny państwa Chomików także trafiła na Ukrainę, może ich dorosłe dzieci (urodzone z rusińskiego ojca mogły nie mieć polskiej narodowości ?) i nagrobek po upadku związku radzieckiego postawili właśnie potomkowie z Ukrainy. Olga z jakiegoś powodu została, może ona miała polską metrykę urodzenia. W czasie wymiany ludności między Polską Ludową a ZSRR miała około 50 lat, czy została dobrowolnie czy przeżywała tragedię rozstania z bliskimi ? Kto wie, jak było...  Na zdjęciu widać smutną, zmęczoną kobietę...




Po wojnie do wsi powróciła część dawnych polskich mieszkańców i uchodźców, którzy opuścili te rejony w latach 1942–1943, uciekając przed falami niemieckiego terroru oraz nowi osadnicy z centralnej Polski i okolic Lublina. W efekcie tych migracji, w latach 50. XX wieku Kolechowice zmieniły swój charakter ze wsi wielokulturowej i polsko-ruskiej, w miejscowość jednolicie polską.
Opuściłam Kolechowice, obecnie rolniczą wieś zamieszkałą przez około 400 osób i przez Ostrowiec Lubelski pojechałam do Uścimowa, ale o tym będzie przy innej okazji.