Weekend zapowiadał się pogodny, wystarczyło tylko wybrać kierunek i wyjść (lub wyjechać) z domu. Możliwości było kilka, krajowych i niekrajowych. Kiedy to ja byłam ostatnio np. na Ukrainie ??? Już rok temu. No to postanowione: Ukraina, tylko gdzie ? Akurat było otwarte okazjonalne, jednorazowe przejście w Dyniskach, ale tylko na jeden dzień, a właściwie to na 8 godzin, więc krótko. Więc może jakieś góry ukraińskie ? Zebrała się nas gromadka, akurat na mały busik-autobusik i pojechaliśmy na weekend. Kierunek: Libuchora.
Wjeżdżamy wczesnym rankiem przejściem granicznym Krościenko - Smolnica w Bieszczadach.
Zaraz za granicą leży wieś Terło. Wieś oraz tutejsze dobra były gniazdem rodowym znanego szlacheckiego rodu Terleckich herbu Sas. Niegdyś istniał tu klasztor bazyliański, zostający pod zarządem klasztoru w Spasie. Według podania wieś pierwotnie leżała bezpośrednio nad Strwiążem, ale po napadzie tatarskim przeniesiono ją nieco dalej na południe od rzeki, w miejsce bezpieczniejsze, między góry i lasy. Pierwsza wzmianka o wsi pochodzi z 1415 roku. Aż połowa mieszkańców była szlachtą z rodu Terleckich z przydomkami: Zaniewicz, Petryłowicz, Osypowicz, Olechnowicz. Natomiast mieszkający tu włościanie słynęli z wyrabiania wysokiej jakości drewnianych gontów, które wywozili na sprzedaż do Sambora i Przemyśla.
We wsi jest kołchoźnik (radiowęzeł)! I działa od czasu związku radzieckiego, o czym przekonałam się "nausznie". Obecnie pełni swoją rolę np. w systemie ostrzegania ludności przed dronami. W momencie ogłoszenia alarmu w obwodzie natychmiast nadany został komunikat alarmowy na całą wieś.
Rzeka Strwiąż jest za krzakami po prawej stronie szosy, ale jak się kawałek przejdzie pieszo ulicą w prawo patrząc od Polski, to widać rzekę. Strwiąż wypływa w Polsce ze źródła w Górach Sanocko-Turczańskich na zboczach góry Mały Król w pobliżu Ustrzyk Dolnych i płynie przez terytorium Ukrainy na odcinku około 80 km, gdzie uchodzi do Dniestru w okolicach wsi Chłopczyce. Ponieważ Strwiąż wpada do Dniestru, jego wody zasilają Morze Czarne, a nie Bałtyk, jak inne rzeki płynące w Polsce. Rzeka słynie z bardzo czystej wody i bogactwa ryb (szczególnie po stronie ukraińskiej).
Cerkiew Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w Terle. Po przyjęciu Unii Brzeskiej przez eparchię przemyską cerkiew w Terle, jak większość świątyń w regionie, stała się cerkwią greckokatolicką i funkcję tę pełniła aż do wysiedleń i przymusowej likwidacji tego Kościoła przez władze radzieckie po II wojnie światowej. Obecna drewniana świątynia powstała w latach 1872–1874 właśnie jako budowla greckokatolicka, ale korzysta z niej wspólnota prawosławna. Przy cerkwi funkcjonował dawniej klasztor ojców bazylianów, który do czasów współczesnych jednak nie przetrwał. Według lokalnych podań, pod ołtarzem świątyni miał znajdować się pień drzewa, na którym w przeszłości doszło do cudownego objawienia obrazu Matki Bożej. Akurat ćwiczył chór albo może to były jakieś przygotowania do modlitwy, niemniej przyjemnie było posłuchać sakralnego śpiewu.
I pomyślałam, że nie ma żadnego grobu z obecnej wojny, więc dobrze, że mieszkańcy nie utracili nikogo ze swojej społeczności, a wtedy wybiła akurat godzina 9.00. i jakby w odpowiedzi na moje myśli ujrzałam poniższy żołnierski nagrobek. A z kołchoźnika na całą wieś popłynął dźwięk tykającego zegara i komunikat ogłaszający Ogólnokrajową Minutę Ciszy w celu upamiętnienia ofiar rosyjskiej agresji. Po polsku to brzmi następująco: "Uczcijmy wieczną pamięć obywateli Ukrainy, którzy zginęli w wyniku zbrojnej agresji Federacji Rosyjskiej przeciwko Ukrainie. Pamiętamy o obrońcach i obrończyniach Ukrainy, którzy oddali swoje życie za suwerenność, integralność terytorialną i niezależność naszego państwa, a także o wszystkich cywilach, dorosłych i dzieciach, którzy zginęli z rąk okupanta. Wieczna pamięć poległym. Chwała Ukrainie." I kawałek ukraińskiego hymnu.
Obwód lwowski codziennie aktualizuje listę żołnierzy, którzy stracili życie, sprawdziłam, że każdego dnia pojawia się 3 - 5, a nawet 9 nazwisk żołnierzy pochodzących z tego obwodu (województwa), zabitych na wojnie.
Jedziemy dalej, do Libuchory. Wieś leży na granicy obwodu lwowskiego i Zakarpacia, w Bieszczadach Wschodnich. Liczy około 2000 mieszkańców, rozciąga się w dolinie potoku na odległość 12 kilometrów! Wieś wygląda tak, jakby od stuleci nic się tu nie zmieniło, więc często mówi się o niej "żywy skansen". Żeby dojechać do wsi, trzeba przejechać tak fatalną drogą pełną dziur i błota, jakiej w Polsce nie widzieliśmy w najbardziej zapadłej dziurze, w najgorszych czasach PRL-u:) Nierzadko pieszo idzie się szybciej niż jedzie auto. Korzystając z kawałka prostej nawierzchni przed szkołą, kierowca skapitulował, a my rozleźliśmy się po wsi:)
Szkoła nowa, piękna, nowoczesna. Budowana przez 16 lat ! Od 2008 do 2024 roku zainwestowano w szkołę ponad 175 milionów hrywien, czyli około... chwila, muszę zera policzyć ... 17 500 000 pln. Dużo to czy mało ? Niedużo, w Polsce kosztowałaby raczej więcej. Uczy się tu około 500 dzieci (szkoła i przedszkole). Przed otwarciem nowej szkoły dzieci uczyły się na dwie zmiany w trzech starych, drewnianych budynkach wzniesionych w latach 1900–1910, w których brakowało m.in. wewnętrznych toalet, sal gimnastycznych i centralnego ogrzewania. Buszując po wsi widziałam te stare szkoły, proszę bardzo, oto jedna z nich, ta w najlepszym stanie:)
No to popatrzmy, jak żyje ukraińska wieś "daleko od szosy", rozciągnięta w długiej dolinie, otoczonej od północy wzgórzem Kruhła, a od południa Jedliną, z płynącym wzdłuż potokiem o tej samej co wieś nazwie - Libuchorka.
Motorów się tu nie rejestruje. Kupujesz i jeździsz, o kaskach mało kto słyszał, a nie używa nikt. Jeżdżą dorośli i dzieci, prawa jazdy najczęściej nie posiadają. Oczywiście w Ukrainie jest obowiązek rejestracji motocykla i posiadania prawa jazdy, ale na tak głębokiej prowincji, gdzie pojazdu używa się do poruszania po swojej wsi (lub sąsiednich) mało kto tego przestrzega. Tam motor to jak u nas rower.
Wszystko pod jednym dachem: po lewej stronie część mieszkalna, stodółka w środku, po lewej obórka. To już "nowoczesny" układ pomieszczeń domu wzorowanego na chyży: dom oddalony od obórki ze względu na komfort mieszkańców, ale blisko stodółki, żeby nie trzeba było daleko nosić karmy. Charakterystyczny wysoki dach.
Na wielu posesjach właściciele stawiają prywatne kapliczki, często malowane na niebiesko, złocone lub wykonane z lśniącej blachy. Przypominają one zwieńczenia prawdziwych cerkwi. Są wyrazem głębokiej religijności, ochrony domostwa oraz lokalnej kultury, szczególnie w podgórskich rejonach Huculszczyzny i Zakarpacia. Oprócz tradycyjnych intencji dziękczynnych (np. za zdrowie, narodziny dziecka, powrót z wojny), stawia się te kapliczki jako „strażników granic”. Mają one chronić prywatną ziemię i gospodarstwo przed nieszczęściem, chorobą czy nieurodzajem. Są też miejscem codziennej, szybkiej modlitwy dla mieszkańców, którzy nie zawsze mają czas jechać do oddalonej cerkwi.
... żeby nie było, w Libuchorze stawiane są także nowe domy, ale jednak w zdecydowanej mniejszości.
Te stare domy są oczywiście zamieszkałe, życie toczy się w nich od dziesiątków lat, niektóre mają ponad 100 lat, najstarsze prawie 150 lat, a niektórzy twierdzą, że nawet więcej.
Stare z nowym...
Przy starych domach rosną kilkudziesięcioletnie jabłonki starych odmian, które już nie występują w nowoczesnych sadach. Kiedy na nie patrzę, przychodzi mi taka myśl, że one będą do czasu, kiedy będą mieszkać w tych starych domach starzy mieszkańcy. Kiedy oni odejdą, młodsze pokolenie wyremontuje dom i wyrąbie stare drzewa... Albo stąd odejdzie. A wraz z nim odejdzie w niebyt kawałek historii...
A jeszcze nie wspomniałam, kim są ci mieszkańcy.
Wieś została założona w 1553 roku i od samego początku była zasiedlana przez ludność wołosko-ruską, z której wykształciła się grupa etniczna Bojków. 4 lipca 1558 roku król Zygmunt August sprzedał wieś i okolicę braciom Juszkowi i Chwedorowi, zezwalając im na budowę karczmy, chałupy i kościoła we wsi, a Juszkowi nadając parafię. Mieszkańcy żyli tam nieprzerwanie przez stulecia. W okresie powojennym, kiedy na mocy umów granicznych między Polską a ZSRR oraz w ramach Akcji „Wisła” w 1947 r. niemal całkowicie wysiedlono i zniszczono wsie bojkowskie po polskiej stronie granicy (np. w dzisiejszych Bieszczadach Zachodnich), Libuchora znajdowała się już głęboko w granicach Ukraińskiej SRR. Po dziś dzień Libuchora to ikoniczna wieś bojkowska. Dzięki swojemu odizolowanemu położeniu w długiej dolinie u podnóża gór wieś ta uniknęła całkowitej modernizacji i masowych wysiedleń, jakie dotknęły Bojków po polskiej stronie granicy.
Czytałam w internetach, że młodzi mieszkańcy wsi demonstrują swoją niechęć do Polaków odwiedzających wieś winiąc Polskę za to, co stało się z Bojkami po polskiej stronie granicy zaraz po wojnie. Nie zauważyłam tego, choć kręciło się ich trochę po wsi i nawet dobryj dień mówili, może dlatego, że młodzieżą nie jestem:)
Starałam się nie fotografować ludzi, stąd na zdjęciach wrażenie pustki, ale to nieprawda. Przy domach kręcili się ludzie wykonujący swoje codzienne obowiązki, na ławeczkach wysiadywali starsi ludzie. Odpowiadali z uśmiechem "dobryj deń" na polskie dzień dobry, starsi ludzie wychodzili się przywitać, podawali rękę, wypytywali przyjaźnie skąd i po co, pytali czy znamy ich znajomych, co są w Polsce:)) Czasami było nawet dość wzruszająco:)
To jest cerkiew Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, nowa, z 1990 roku, której nawet nie ma zapisanej w mapach google, więc zgłosiłam i wysłałam im zdjęcia. Cerkiew jest greckokatolicka. Mieszkańcy sfinansowali ją sobie sami w 100 procentach. I co ciekawe, pani, którą spotkałam w cerkwi i która się nią opiekuje, jest prawosławna. Widać mieszkańcom nie robi to różnicy, choć jednak greckokatoliccy wierni woleli mieć osobną świątynię:) We wsi są inne dwie cerkwie i to jest jakoś dziwnie z tymi świątyniami. W mapach google i wg przynależności do Kościoła Ukraińskiego są niby greckokatolickie, ale pani mówiła (i potem jeszcze jeden pan potwierdził), że tam teraz się modlą prawosławni. Dziwna sprawa...:) A że lubię takie zagadki to poświeciłam trochę czasu na grzebanie w archiwach i znalazłam! Wg archiwum Ilustrowanego Kuriera Codziennego te dwie stare cerkwie były kiedyś prawosławne!
W oddali cerkiew św. Michała Archanioła w Libuchorze, zabytkowa drewniana świątynia, budowana jako prawosławna, teraz należy do Kościoła Ukraińskiego. Pierwotna drewniana cerkiew w tym miejscu istniała od wieków, jednak w 1922 roku stara konstrukcja została rozebrana. Na jej miejscu wzniesiono nową, istniejącą do dziś drewnianą cerkiew, która kontynuuje tradycje dawnego kultu. I jak wspomniałam wcześniej, podobno modlą się tu prawosławni.
Tadam! Chyża kryta najprawdziwszą strzechą. Pewnie ze 130-140 lat temu. Pierwsza, jaką zauważyłam, ale nie ostatnia.
To już koniec wsi, kończy się droga, dalej jest bród na Libuchorce i trasa prowadząca w góry. Zawracam. Gdzieś w połowie drogi, kiedy już długi marsz daje się nieco we znaki, zatrzymuje się koło mnie piękny biały samochód. Opony grube jak dwie z mojego samochodziku, auto jest wielkie i pachnące nowością. Pan wygląda przez okno i mówi, że podwiezie. Sama się trochę obawiam, nie wiem czego, ale w końcu jestem w obcym kraju w miejscu, gdzie wrony zawracają a diabeł mówi dobranoc. Wołam więc idącą kawałek przede mną parę i mówię panu, że jeśli tak uprzejmy to we troje chętnie podjedziemy. Wsiadamy. Pan opowiada, że prowadzi tu firmę, buduje domy z drewna oraz ma tartak. Dał drewno na budowę nowej cerkwi, bo on grekokatolik. Ufundował figurę Matki Boskiej koło cerkwi (faktycznie jest tam taka figura naturalnej wielkości). Chwali się, że kasy ma jak lodu, ale żona mu uciekła i zostawiła samego z synkiem. Widać, że człowiek żadnej pracy się nie boi, na spodniach resztki farby, pachnie trocinami:) Pyta, jak jest po polsku słynne ukraińskie иди на хуй! wypowiedziane przez obrońców Wyspy Wężowej rosyjskiemu okrętowi wojennemu:) Mówi, że tu wojny nikt nie czuje, alarmów nie ma, jest spokój i cisza. Kiedy mijamy miejsce, w którym mieliśmy wysiąść, a my nadal jedziemy, prosi, żeby się nie martwić, bo on tu blisko mieszka. Zajeżdża na sporą posesję z dużym murowanym domem, za którym stoją jeszcze dwa mniejsze z drewnianych bali. Pytam, czy to na wynajem dla turystów, ale pan mówi, że nie, że to wszystko dla niego i syna. Zaprasza na kawę. Wyraźnie widać, że chce się pochwalić majątkiem i ekspresem do kawy:) Jest bardzo miły, przyjazny, uśmiechnięty. A tak straszyli tymi Ukraińcami z Libuchory:) Kiedy potem wracamy do miejsca spotkania z naszą grupką, widzę, że podchodzą do ludzi inni mieszkańcy. Oni po ukraińsku, Polacy po polsku, wszyscy doskonale się rozumieją. Jeden z panów wzdycha: przecież tu była Polska. Była, ale nie jest. Zresztą, jakby była, to miejsce to byłoby całkiem inne, pełne pensjonatów i wyciągów, wszak za rogiem są piękne góry. Ale góry będą jutro.
c.d.n.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz