poniedziałek, 14 października 2019

Wyspa Kos - Asklepiejon

Asklepiejon to nic innego, jak świątynia Asklepiosa. Asklepios, inaczej Eskulap to bóg sztuki lekarskiej. Początkowo asklepiejon to była zazwyczaj studnia lub źródło z ołtarzem w świętym gaju. Później świątynia, przy której stawiano szpitale dla chorych czekających na wejście do świątyni. Asklepiejonów w Grecji było około 300. W asklepiejonach chorzy składali ofiary bogu, poddawali się obrzędom oczyszczającym oraz zapadali w sen (inkubacja czyli śnienie o wyzdrowieniu, co miało wywołać rzeczywiste cudowne uzdrowienie). Poza świątynią do użytku chorym oddawano ołtarze, święte źródła, dormitoria dla pacjentów w dużych kolumnowych portykach i inne budowle służące tajemnym praktykom,  wota w kształcie uzdrowionych organów (np. nóg, rąk), oraz marmurowe stele z opisem chorób i cudownych uzdrowień.
Asklepiejon na Kosie założony został w IV wieku p.n.e. jako miejsce wypoczynku i rekonwalescencji. Uważa się go za jeden z najważniejszych w Grecji zabytków cywilizacji antyku. Miejsce znajduje się jakieś 5-6 km od mariny w mieście Kos (stamtąd szłam pieszo). 
Asklepiejon to trzy-poziomowy zespół składający się ze świątyni, szkoły i centrum medycznego. Został zbudowany po śmierci Hipokratesa.  Symbolem kultu Asklepiosa był wąż pomocny niegdyś przy wyszukiwaniu leczniczych roślin, który do dziś pozostał symbolem medycyny. 

 














niedziela, 13 października 2019

Wyspa Kos, Grecja - Dikeos i Zia

Co by nie powiedzieć, wioska Zia leżąca u stóp Dikeosa jest przereklamowana, według moich preferencji. Jakby nie fakt, że poszłam w góry, to wyjazd do Zia byłby dla mnie rozczarowujący. Bo jakież ona ma atrakcje ? Widoki (z Dikeosa i innych miejsc lepsze), liczne kramy z pamiątkami - a gdzie ich nie ma ? Zresztą w Zia wcale nie ma ich aż tak wiele, aby nie przelecieć ich w kwadrans, parę galerii i koniec. Jest jednak mocno reklamowana jako wioska górska. Nie zauważyłam w niej żadnego specyficznego klimatu, śladów folkloru itp. Fakt, że kupiłam tam robioną w domu kaneladę i oliwę z oliwek, ale te produkty są także gdzie indziej. Najwięcej emocji dostarczył mi dojazd do niej. Miałam chęć skorzystać z roweru, ale był wiatr... Pojechałam autobusem. I dobrze zrobiłam. Ostatnie kilka kilometrów to mozolne wspinanie się pod górę wąską droga. Jeśli z naprzeciwka nadjechał osobowy to musiał się cofać, aż znalazł miejsce, żeby się schować i aby autobus mógł przejechać. Kiedy nadjechała ciężarówka, kierowca autobusu cofał, aż znalazł miejsce do częściowego chociażby usunięcia się z drogi. Czy muszę dodawać, że z jednej przynajmniej strony było strome zbocze:)? Trasę 16 km przejechaliśmy w pół godziny.  




















Poszłam szukać szlaku w góry. Znalazłam drogowskaz, ale jak za nim poszłam, to trafiłam na cmentarz:) Okazuje się, że mniej więcej w połowie drogi był na słupie maleńki człowieczek z kijkami z maleńką strzałką w innym kierunku. Poszłam. Przez domowe podwóreczka, białe schodeczki, obok wejść do domów i obok kurników:) Droga była jednak prawidłowa. Mogłam jeszcze iść koło restauracji, ale taką drogę uznałam za mniej ciekawą.




Pierwsze pół godziny to luzik - szeroka równa droga lekko pnąca się pod górę tzw. stokówka. Co chwilę słuchać było beeee i beeee i albo wprost na drogę albo tylko na pobocze z krzaków wyłaziła jakaś koza. Kolejne pół godziny to prawdziwy górski szlak. Wyraźnie oznaczony, uczęszczany,  wąski, kamienisty i stromy. Prowadził przez pachnący, zielony las. Ostatnie pół godziny to był hardcore!:)  Skończyła się linia lasu i wyszłam na odkryty teren. Od razu uderzył mnie podmuch tak silny, że ledwo utrzymałam równowagę. Wiało tak, że włosy wyrywało z głowy. Miejscami nie dało się rady iść inaczej niż na czworakach. A obok urwisko. Szczęśliwie wiało z boku, więc wiatr dociskał do zbocza, a nie zwiewał z niego. Po kwadransie miałam myśl, aby zawrócić, w końcu PRAWIE już zdobyłam szczyt Dikeos.  Ale nie poddałam się i poszłam dalej, choć wiało sto razy gorzej niż w kieleckim. Byłam bardzo ostrożna i starannie wybierałam miejsce dla kolejnego kroku. Co parę minut mijali mnie pojedynczy turyści schodzący już z góry. Też częściowo na czworakach:)  Jednak dałam radę, bo dla takich widoków jak z Dikeosa człowiek dałby się pokroić. Cała wyspa  Kos leżała u moich stóp. I wszerz i wzdłuż. Od miasta Kos po Kefalos. Od Kardameny po Tigaki. Góry, morze, Turcja na horyzoncie, wyspa Kalymnos i inne, których nazw nie znam, słone jezioro, małe górskie wioseczki i duże miasta. Bosko. Na szczycie wkopany w ziemię domeczek, pewnie w razie czego można tam przenocować. Krzyż z białych grubych rur, oczywiście grecka flaga (Grecy kochają swoją flagę) oraz cerkiewka w biało niebieskich barwach. Trzymając się skał i drzew mogłam patrzeć na dwie strony góry. Lasy i strome urwiska. Piękne miejsce. Bardzo się cieszę, że weszłam na szczyt, to była fajna przygoda.