wtorek, 11 października 2022

Złota jesień w Bieszczadach

Jesienna wersja Biegu Rzeźnika czyli Ultramaraton odbył się 8 października w Bieszczadach. Co prawda, poza oficjalną rejestracją, ale przebyłam z psem i zawodnikami trasę 25 km: Hyrlata, Przełęcz nad Roztokami, Okrąglik, Duże Jasło, Szczawnik, Małe Jasło, Worwoska, Wyżna, Cisna. Na trasie nie brakowało pięknych widoków na stronę polską lub słowacką - część trasy prowadziła wzdłuż granicy. Pogoda dopisała, dzień był ciepły i słoneczny.














 
Pogoda dopisała przez cały pobyt. Noce natomiast były księżycowe, pełnia wisiała nad Pasmem Łopiennika, złoty księżyc zaglądał w okno co noc.  Nasłuchiwałam wycia bieszczadzkiego wilka... niestety... pewnie spały:)
Wbrew obawom, po dobrze przespanej nocy, zmęczenie ustąpiło i mięśnie nóg nie bolały za bardzo:) Ruszyłam zatem na Korbanię trasą z Bukowca. To łatwa niedługa trasa, a na szczycie piękny widok na jesienne pasma górskie.









Po zejściu z Korbanii wstąpiłam na stary cmentarz w Bukowcu, cerkwi już nie ma, została resztka muru z dzwonnicy parawanowej i nieliczne nagrobki. Z okolicy cmentarza rozciąga się piękny widok na wieś, wystarczy podejść kilka kroków w górę.





 
Na koniec dnia, aby poczuć się jak w raju, pojechałam do Rajskiego:) Spotkałam tu odlatujące żurawie, w Rajskiem, gdzie wszystko jest "rajskie": camping, spa, pensjonat, restauracja, dolina. Rajskie się odradza, są tu nowe eleganckie domki do wynajęcia i dobrej klasy ośrodki wypoczynkowe. Jest też San, wzdłuż którego idzie się do nieistniejącej już wsi Studenne z resztkami cerkwiska i cmentarza. W Rajskiem też jest stary cmentarz rzymsko-katolicki z kilkoma nagrobkami, miejsce po wysadzonej w powietrze cerkwi ( w 1980 roku) i kilka starych nagrobków z ukraińskimi inskrypcjami.




Pierwsza historyczna wzmianka o wsi Rajskie założonej na prawie wołoskim w sobieńskich dobrach Kmitów pochodzi z 1425 roku. Dowiadujemy się z niej, że przed sądem ziemskim w Sanoku "katolik Jan z Rajskiego zobowiązał się, że nie będzie mieszkał wspólnie z kobietą nie ochrzczoną, Wołoszką Tatianą (z którą przebywał od dłuższego już czasu) pod groźbą spalenia go ogniem bez osobnego dowodu". :)
Podczas najazdu tatarskiego w 1672 r. dobra Romerów zniszczyli ordyńcy uprowadzając mieszkańców wraz z dobytkiem do niewoli, a we wsi ocalały tylko 4 domy. Z czasem zaludniła się ponownie po przybyciu nowych osadników.


Rajskie i Studenne były wsiami z naturalnymi wyciekami oleju skalnego. W 1870r. pierwsze badania geologiczne przeprowadził w nich C. M. Paul odnotowując istnienie obfitych naturalnych wycieków. Wówczas właścicielka majątku Urszula z hr. Łosiów hr. Golejewska założyła tutaj kopalnię ropy naftowej rozpoczynając ich eksploatację.




O wsi Rajskie można pisać bez końca, ale najlepiej to zrobił pan Orłowski na portalu: http://www.twojebieszczady.net/sor/rajskie.php
To moja bieszczadzka biblia.

Mam wrażenie, że żadne zdjęcie nie odda jesiennej ostrości słonecznego światła, lekko zamglonych barw zboczy porośniętych bukami lub jeszcze intensywnej zieleni polan leśnych, delikatnej mgiełki, porannej rosy    i zapachu wieczornego przymrozku. To trzeba zobaczyć tam, na miejscu, poczuć i potem tęsknić do specyficznej atmosfery bieszczadzkich okolic. Będąc w Bieszczadach czuję się oderwana od świata, odizolowana od codzienności. Wejście w inny świat pogłębia atmosfera kultowych miejsc takich jak np. bar Siekierezada w Cisnej, w którym straszą siekiery powbijane w stoły czy bieszczadzkie biesy i czarty. Wrażenie robi też wielka oprawiona w drewno księga menu, która wisi spięta na łańcuchach, liczne czaszki zwierzęce oraz teksty Ojca Dyrektora:)) Musiałam jednak wyjść w miarę wcześnie, bo jako nie żłopiąca piwa w tym hałasie wytrzymać nie dałam rady:)

Kolejny ciepły październikowy dzień... Ze Studennego można przejść parę kilometrów do Terki. Terka to wieś rolnicza, gdzie kilka lat temu widziałam największe stado bocianów w życiu. To podobno najbardziej malowniczo położona wieś w Polsce z górującym nad nią szczytem Monasteru. To tu w 1946 roku Wojsko Polskie zamknęło w stodole i spaliło żywcem 20 przypadkowych mieszkańców, a kilkunastu rozstrzelało w odwecie za uprowadzenie przez UPA trzech zakładników, z czego dwóch nie przeżyło. Na grekokatolickim cmentarzu wystawiono im symboliczną mogiłę, zostało też kilka starych nagrobków, dzwonnica w ruinie i miejsce po cerkwi. Jest też sklep spożywczy istniejący "od zawsze" i przydrożny bar koło nowego solidnego mostu, też karmiący turystów "od zawsze". Oba miejsce dla bywalców są kultowe, bez nich nie ma Terki:) Nie można nie kupić w sklepie piwa i wiejskiej kiełbasy, jak nie można nie wstąpić do baru na obiad. Tu zawsze jest tłok, zarówno na parkingu, jak i wewnątrz, a jedzenie jest smaczne. Siedząc przy stoliku słyszy się szum Solinki. I tylko nie ma już starego drewnianego mostu, po którym przejeżdżało się pojedynczo z duszą na ramieniu.









Kilka lat temu byłam już w Terce, szukałam wtedy szlaku na przełęcz Szczycisko.  Był dość słabo oznakowany, więc nie chcąc pobłądzić, zapytałam starszego pana o drogę. Pan siedział przed domem na ławeczce. Zapytany, chętnie wskazał drogę i przy okazji zaczął gawędzić. Opowiadał o sobie, o tym, jak tu się żyło w wojnę, jak żyje teraz, pytał czemu chodzę w góry i czy mam rodzinę. Akurat rok wcześniej zmarł mój tato i zgadaliśmy się z panem, że jest z tego samego rocznika. To było bardzo miłe spotkanie i długa rozmowa, więc potem zbrakło mi czasu, aby dojść do przełęczy i zawróciłam w połowie. Wiele razy myślałam potem, żeby zajrzeć do tego pana podczas pobytu w Bieszczadach, ale nie było mi po drodze. Postanowiłam w końcu teraz przejść szlak w całości, a wcześniej wstąpić do pana. Bez problemu znalazłam i rozpoznałam dom. Ławeczka stała w tym samym miejscu. Tak samo kwitło geranium w oknach drewnianego domu, tak samo wisiały za szybą koronkowe firanki. Tyle, że ławeczka była pusta. Na podwórku kręcił się jakiś mężczyzna, zapytałam go o starszego pana. Odpowiedział: to mój tata, wczoraj go pochowaliśmy. Miał 98 lat. Spóźniłam się...



Łopienka to dla mnie obowiązkowy punkt programu w Bieszczadach. Przed wyjazdem obejrzałam zdjęcia zgromadzone na dysku zewnętrznym i policzyłam: byłam w Łopience od 2007 roku 18 razy, ten był 19:) w Łopience jest cerkiew, odbudowana w czynie społecznym. Jest 2,5 km  od drogi i nie ma tam nic oprócz niej. A nie, jest jeszcze kaplica grobowa, w której czasem ktoś zanocuje:) I są wilki. Koło cerkwi byłam bardzo rano, akurat rozkładali się pracownicy grzebiący przy wykopaliskach i ostrzegli mnie, że niedawno na polanie za cerkwią biegały trzy wilki, no i żebym "uważała na psa":) Uważałam. Bardzo mnie cieszą prace wokół cerkwi, wygląda na to, że są odkopywane i odrestaurowane zarysy domostw dawnych mieszkańców wywiezionych w ramach akcji "Wisła". Trzeba będzie pojechać dwudziesty raz, żeby się przekonać, co z tego wyszło:)

Nie sposób opisać każdego miejsca, które odwiedziłam, każdej ścieżki, którą przeszłam. Właściwie mogłabym zamieszkać w Bieszczadach:)

sobota, 17 września 2022

Roztocze Południowe

Są na Roztoczu miejsca, w których nie byłam, mimo, że jeżdżę tam od lat. Tym razem skierowałam się na Roztocze Południowe i Wschodnie i sięgnęłam polsko-ukraińskiej granicy. Ale po kolei...

Pierwszy przystanek w Brzezinach Bełżeckich. Jeszcze przed pierwszymi budynkami, na polu, stoi sobie krzyż z uśmiechniętym Chrystusikiem:)




W maju 2019 r. Stowarzyszenie "Ocalić od zapomnienia" zrealizowało w Brzezinach projekt „75 rocznica obrony Brzezin – śladami por. Stefana Kobosa „Wrzosa”- współfinansowany przez Ministerstwo Obrony Narodowej. W miejscu gdzie ukrywał się por. Stefan Kobos, odsłonięto dwie tablice informacyjne ku pamięci ww. i jego najbliższych współpracowników – Eugeniusza Szczepańskiego i Edmunda Szczepańskiego. Dokonano także odsłonięcia tablicy upamiętniającej żołnierzy Armii Krajowej, Kompanii Narol III plutonu Brzeziny Bełżeckie. 


Stowarzyszenie ma siedzibę w prywatnym gospodarstwie i posiada imponujące zbiory związane ze swoim bohaterem jak również zwiedzić tu można niewielki skansen.



Kopie listów pisanych przez "Wrzosa"


 
Jest i mój ulubiony Andrejkow:)




Stefan Kobos ps. "Wrzos" w czasie I wojny światowej walczył w Legionach Piłsudskiego, był uczestnikiem wojny polsko-bolszewickiej i walk o Wilno. W dwudziestoleciu międzywojennym pracował jako zawodowy podoficer WP. Żołnierz września 1939, w konspiracji od 1940 w ramach Konsolidacji Obrony Narodowej “KLON”,  kiedy to miała miejsce wielka wsypa spowodowana działalnością miejscowego konfidenta gestapo, w wyniku której aresztowano 44 członków i współpracowników. Aresztowanie tylu osób spowodowało kres działalności organizacji. Członkowie, którym udało się uniknąć aresztowania, głównie z terenu Narola, do których należał także Stefan Kobos, związali się z organizacją ZWZ-AK. Kobos został mianowany dowódcą placówki mającej za zadanie obronę przed oddziałami ukraińskimi powierzonego odcinka w Brzezinach Bełżeckich. 18 kwietnia 1944 r. oddziały UPA zaatakowały Bienaszówkę. W odwecie dowodzony przez „Wrzosa” pluton stoczył zwycięską batalię z UPA pod wsią Kołajec, wypierając nieprzyjaciela w kierunku Huty Lubyckiej. W akcji odwetowej oddział dowodzony przez „Wrzosa” spalił wieś Kołajce uznawaną za miejscowość sprzyjającą UPA. Aresztowany przez UB 21 stycznia 1956 r. we wsi Brzeziny, skazany został 28 września 1956 r. w pokazowym procesie na karę dożywotniego więzienia, zmienioną w wyniku zastosowania amnestii na 15 lat.

Wraz ze Stefanem Kobosem, w tym samym procesie osądzeni zostali jego najbliżsi współpracownicy: Eugeniusz Szczepański ps. „Turek” vel „Turski” oraz Bolesław Goch ps. „Dąbek”. Po aresztowaniu Stefana Kobosa przez UB do władz wpłynęła pisemna prośba o jego uwolnienie podpisana przez wielu mieszkańców okolicznych wsi. Prośba ta nie została uwzględniona. Po dziś dzień we wsi żywa jest pamięć o "Wrzosie", o czym świadczy powstanie Stowarzyszenia i coroczne obchody rocznicy obrony Brzezin przed hitlerowskim najeźdźcą.

 
W Brzezinach znalazłam wesoły przystanek oraz kolejnego Andrejkowa. Jest gdzieś jeszcze jeden na stodole, o czym dowiedziałam się już później.




Z Brzezin udałam się do Woli Wielkiej. Drewnianą cerkiew pw. Cerkiew Opieki Bogurodzicy  postawił w 1755 r. wójt wsi Wola Wielka, Bazyli Szcziry wraz z wiejską gromadą. Zbudowana została z drewna sosnowego, konstrukcji zrębowej, na kamiennej podmurówce. Po wysiedleniu grekokatolików w 1947 r. pełniła funkcję kościoła. Od 1994 po wybudowaniu nowej kaplicy, świątynia pozostaje nieużytkowana. Obecnie stoi opuszczona, aczkolwiek widać ślady remontu, dając świadectwo historii minionych wieków. Obok świątyni usytuowana jest drewniana, dwukondygnacyjna dzwonnica na rzucie kwadratu, konstrukcji słupowo-ramowej. Wewnątrz otaczającego cerkwię kamiennego muru, znajduje się cmentarz ze starymi nagrobkami, wykonanymi przez bruśnieńskich kamieniarzy.




Z braku miejsca wewnątrz cerkiewnych murów, reszta pochówków odbywała się  na cmentarzu na wschód od świątyni, przy drodze do Werchraty.





A oto i Werchrata, niezwykle malownicza i ciekawie położona wieś w gminie Horyniec na Roztoczu Wschodnim w niewielkiej odległości od granicy z Ukrainą. Leży, jak wskazuje nazwa, nad rzeką Ratą (werh Rata czyli powyżej/nad Ratą). Jej powstanie  datowane  jest na  XV wiek. Od początku istniała tu społeczność wyznania wschodniego. W pierwszej połowie XVII w. powstały tu drewniane budowle sakralne. Ostatnia  z nich przetrwała do początku XX wieku. Obecna murowana cerkiew w Werchracie  zastąpiła  drewniany budynek. Jej kopuła jest najbardziej charakterystycznym znakiem rozpoznawczym Werchraty. Wg źródeł ukraińskich w 1939 ludność we wsi stanowiło: 3500 Ukraińców, 30 Polaków, 25 rzymskich katolików posługujących się na co dzień językiem ukraińskim, 120 Żydów i 25 mieszkańców innej narodowości (razem 3700 osób). Zaraz po II wojnie światowej dochodziło tu do licznych konfliktów polsko-ukraińskich. Ukraińcy twierdzą, że to Polacy ich napadali i mordowali, ale spójrzmy na te liczby, co sami podają... Chyba jednak było na odwrót. W okresie 25-31 maja 1947 r. Wojsko Polskie deportowało z Werchraty na Ziemie Zachodnie Polski 645 obywateli narodowości ukraińskiej.









W środku cerkwi znajdują się cztery cenne figury z XVIII w. przywiezione z Uchnowa, stojące w ołtarzu głównym. W bocznym ołtarzu od strony północnej znajduje się obraz Matki Boskiej z Dzieciątkiem, ikona z końca XVII wieku. 

Z Werchraty ruszyłam w kierunku nieistniejącej już wsi Dziewięcierz. Powstała w latach 1565–1566, lokowana "na surowym korzeniu" czyli w totalnej dziczy:) przez starostę lubaczowskiego Andrzeja Myszkowskiego jako wieś królewska. W 1630 r. liczyła 56 domów. Wsią królewską pozostawała do 1778 r., potem była własnością szlachecką, a na początku XX w. majątek rozparcelowano. W XVII w. funkcjonowało tu 16 warsztatów garncarskich, a ponadto huta żelaza. We wsi był także młyn i karczmy. Dziewięcierz leżał przy rozgałęzieniu szlaków, na wschód do Potylicza i Rawy Ruskiej oraz na północ do Werchraty. Zapewne bogactwo miejscowych rzemieślników i dogodne położenie umożliwiły zrealizowanie potężnej inwestycji, którą była budowa monumentalnego założenia cerkiewnego w latach 1749–1750 (data na podstawie napisów na krzyżach na bramie wschodniej i zachodniej muru wokół cerkwi). Ostatnia cerkiew zbudowana tu została w latach 1837-1839, w miejscu starszej, drewnianej. Wg niepotwierdzonych szacunków ukraińskich  w 1939 r. wieś liczyła 2260 mieszkańców, w tym 2060 Ukraińców, 10 Polaków, 90 ukraińskojęzycznych rzymskich katolików, 40 Żydów i 60 Niemców Cerkiew została zniszczona w czasie II wojny światowej. Żołnierze radzieccy zdjęli blachę z dachu świątyni, a potem resztki ścian rozwalili żołnierze WOP, gdyż mogły dawać schronienie osobom nielegalnie przekraczającym granicę państwową (część materiału wykorzystano do budowy mostu w Horyńcu). Wsi też już nie ma. W tym miejscu jest teraz granica polsko-ukraińska. Po dawnych mieszkańcach pozostał cmentarz i resztki murów otaczających cerkiew.
















Parkując koło cmentarza czyli nieomalże na granicy, zorientowałam się, że nie mam portfela. Chwila paniki i przypomniałam sobie, że został w domu na biurku. To, że akurat jestem bez gotówki i karty, to nieważne - miałam blika i aplikację zbliżeniową w telefonie, gdybym po drodze potrzebowała za coś zapłacić. Ale nie miałam dowodu, prawa jazdy, dowodu rejestracyjnego, polisy ubezpieczeniowej... No jak nie miałam, mam przecież eObywatela:) No, nie - tam też nie miałam;) Zero zasięgu, a nawet jakby coś złapać to z Ukrainy czyli majątek za bajta. Niedobrze. No, ale znowuż z drugiej strony, po cóż mi w krzakach dokumenty ? I z tą myślą zapuściłam się w gęste zarośla za ogrodzeniem cmentarza, szukać cudownego źródełka, kapliczki i fundamentów plebanii. Schodziłam różne ścieżki, drepcząc w bagienku, oganiając się od komarów, grzęznąc w błotku i znikając w pokrzywach wysokich na dwa metry. Niestety, szukanego miejsca niet. Znalazłam tylko stare, dzikie skarłowaciałe jabłonki świadczące o tym, że kiedyś były tu wiejskie zagrody. Kiedy wyłaziłam z krzaków, zobaczyłam, jak na drodze około 50 metrów od cmentarza zawraca pojazd pograniczników. Nie widzieli mojego auta, zasłaniały je gałęzie. Mnie też nie zauważyli, bo od razu się schyliłam, jak jaki nielegalny uciekinier:) Poczekałam w krzaczorach aż zawrócą, poszłam do samochodu i odjechałam:) Uff... No, bo przecież tam wojna, a ja na granicy bez papierów, do ciupy by mnie wsadzili na pewno:)

A potem pojechałam do Radruża, bo sobie przypomniałam, że w cerkwi to byłam kilka razy, ale na tym dużym cmentarzu to ani razu. Na miejscu zauważyłam, że nagrobki są poddawane renowacji i te odnowione naprawdę świetnie wyglądają.













Przy okazji zajrzałam do cerkwi, akurat trafiłam na godzinę oprowadzania z przewodnikiem. Zespół cerkiewny od 2013 roku znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO i piastuje tytuł pomnika historii.




Na koniec parę ciekawostek:
1. W miejscu, gdzie teraz stoi cerkiew, 17 milionów lat temu była rafa koralowa. 
2. Wśród zachowanych nagrobków szczególną uwagę zwraca przepiękna wapienna płyta leżąca na trawie. Napis w starocerkiewnosłowiańskim języku głosi, że spoczywają tu prochy szlachetnie urodzonej Katarzyny Eliaszowej Dubniewiczowej, wójtowej radrużskiej. Według legendy Katarzyna była piękną dziewczyną, gdy wpadła w tatarski jasyr. W dalekich krajach pokochał ją bogaty władca, a gdy zmarł, Katarzyna wróciła do rodzinnego Radruża i za przywiezione skarby fundowała cerkiew.
3. Bywała tu często słynna pisarka Gabriela Zapolska.
4. Pod murawą zasypane jest wejście do podziemnej krypty rodu Andruszewskich, odkopywane tylko na czas pogrzebu.
5. Wsparte na drewnianych słupach „soboty” służyły za miejsce do spania dla wiernych. Przed soborem watykańskim msze odprawiano tylko do godziny 11. Żeby zdążyć na „sumę”, pielgrzymi, którzy mieszkali bardzo daleko, przychodzili już w sobotę. Tu pod podcieniami, na zewnątrz cerkwi nocowali.
6. W ścianie pomiędzy nawą a prezbiterium widnieje potężna “dziura” . Kiedy cerkiewkę zwiedzał znany aktor Jan Nowicki z grupą studentów, młodym przyszło do głowy, żeby coś zaśpiewać. Jedna z dziewczyn zaintonowała “Ave Maria”. Okazało się, że gdy studentka zaczęła śpiewać w cerkwi, słychać ją było daleko we wsi. Taki otwór w drewnianej ścianie sprawia, że wnętrze świątyni staje się pudłem rezonansowym. 
7. W skład zespołu cerkiewnego wchodzi 20 ogromnych lip pamiętających czasy króla Jana III Sobieskiego.

Pora do domu, ale jak przejeżdżałam przez Gorajec, zauważyłam, że gospodynie sprzątają cerkiew. Cerkwie w Radrużu i Gorajcu są najstarsze w Polsce, pochodzą z XVI wieku. Musiałam zajrzeć:) Dotychczas trafiałam na zamkniętą na cztery spusty. Okazuje się, że wnętrze przygotowano pod jakieś prace.



Po przeciwnej stronie cerkwi znajduje się Chutor Gorajec, dzięki któremu poznałam kiedyś na Folkowisku szalonego Joryja Kłoca ze Lwowa. Cerkiew zagrała w ich teledysku.


Ale teraz było tu cicho, nikt nie zwracał uwagi, że weszłam na teren obejrzeć kolejne ulubione Andrejkowy.



Piękne Roztocze, jeszcze do ciebie wrócę...