niedziela, 15 marca 2026

Hańsk - w drodze do PPN na nocną wycieczkę

Mamy tego roku piękny marzec w okolicy, suchy i słoneczny oraz bardzo ciepły. Dysponując kilkoma wolnymi godzinami w sobotnie popołudnie, postanowiłam je wykorzystać na rekreację na powietrzu i połączyć z planowanym na wieczór udziałem w programie "Noc sów" organizowanym przez Poleski Park Narodowy w Urszulinie. Przy okazji pojechałam więc do Hańska, znanego mi tylko z krótkiego przejazdu przez wieś jakiś czas temu. Już wtedy moją uwagę zwrócił widok wysokiej świątyni widocznej z daleka, z odległości kilku kilometrów. Tak jak podejrzewałam, jest to dawna cerkiew.

O Hańsku obszernie pisał Pan Józef Onyszko w swoim opracowaniu i na jego wiedzy tu bazuję.

https://hansk.pl/images/Publikacje/HanskOnyszko.pdf

 
Hańsk to bardzo stara wieś.  W 1372 roku w dokumentach, które obecnie znajdują się w Lubelskim Archiwum, wymieniono dwór, którego dziedzicem był Iwan Hański. Nazwa wsi może zatem pochodzić od rodu Hańskich. Pod koniec XIV wieku w Hańsku powstała siedziba Zarządu Wielkich Dóbr Ziemskich, która przetrwała aż do 1864 roku czyli do ogłoszenia na tych terenach ukazu carskiego, który chłopom małorolnym i wyrobnikom dał możliwość przejęcia na własność ziemi, którą do tej pory dzierżawili od dworu. 
Po wojnach napoleońskich przeprowadzono meliorację, "wybudowano" nową  rzekę od wsi Starzyna przez Szcześniki i Kozaki do majątku ówczesnych właścicieli, Kunickich z Lublina. To było ogromne przedsięwzięcie i realizacja trwała 10 lat.

Historia wsi jest bardzo zajmująca i można o niej przeczytać TUTAJ


Cerkiew unicka została zbudowana w 1789 roku. Później zamieniono ją na cerkiew prawosławną, zgodnie z ukazem carskim, a wszyscy unici zmuszeni byli przejść na prawosławie. Pan Onyszko pisze, że: "W czasie odprawiania Eucharystii nieraz napadli i rozpędzali wiernych unitów kozacy – bili ich pałkami lub kolbami karabinów. W 1876 i  1877 roku, carscy kozacy łapali wiernych unitów, przeważnie mężczyzn, zakuwali w kajdanki i pieszo prowadzili do Włodawy. Stamtąd prowadzili ich do Brześcia nad Bugiem, a później do Nowosybirska". 
Kozacy w tym czasie byli na usługach Imperium Rosyjskiego.


To jest nowsza cerkiew, tamtej już nie ma, ponieważ w latach 1907-1910 władze carskie wybudowały nową prawosławną cerkiew murowaną w odległości zaledwie 6 metrów od cerkwi unickiej, a po zakończeniu budowy nowej cerkwi prawosławnej, stary budynek cerkwi unickiej sprzedano dla społeczności prawosławnej w Syczynie. Cerkiew prawosławną (obecnie jest to kościół rzymskokatolicki p.w. św. Rajmunda) zbudowano z cegły dużego formatu, wypalonej w lokalnej cegielni Rydlewskiego w pobliskim Glinnym Stoku. Do zakończenia I wojny światowej świątynia w Hańsku należała do chełmskiej diecezji prawosławnej, której całkowita likwidacja nastąpiła w 1922 r. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości większość ludności wyznania prawosławnego opuściła te tereny, ale świątynia nadal była własnością kościoła prawosławnego. 

W czasie starań o kościół przez katolików w latach 20-tych, sprzeciwiający się Ukraińcy prawosławni dokonali zasadzki w nocy na powracającego z Hańska Albina Struszewskiego, który założył komitet organizacyjny celem utworzenia parafii i katolickiej. Atak miał miejsce na krzyżówkach w kol. Kratie. Struszewski został zabity, policja nie wykryła zabójców. 

Na własność kościół katolicki dostał świątynię dopiero po II wojnie, choć wcześniej kościół korzystał z niej "gościnnie". W 1952 roku ksiądz Jan Jędrych powiększył zakrystię przy kościele od strony północnej. Gdy kopano fundamenty, natrafiono na szkielety ludzkie, ponieważ zaborcy carscy pobudowali cerkiew prawosławną na cmentarzu unickim, aby zatrzeć wszelkie ślady po unitach hańskich.


Figura Najświętszej Panny Marii Niepokalanie Poczętej wykonana z piaskowca ok. 1-szej połowy XVIII w. Według ustnych przekazów została przeniesiona w czasie trwania posługi kapłańskiej ks. Marcelego Matuszelańskiego z chałupki, w której mieszkał kościelny Rutkowski i umieszczona przy kościele pod koniec lat 30-tych XX wieku. 


Kilkaset metrów za kościołem, tuż przed małym laskiem, a za cmentarzem współczesnym, znalazłam stary cmentarz założony już po carskim ukazie i likwidacji starszego cmentarza unickiego. Prawdopodobnie grzebano na nim zmarłych od listopada 1849 roku. Jest to cmentarz unicko – prawosławny, zwany potocznie przez mieszkańców cmentarzem prawosławnym, aczkolwiek  prawosławnych krzyży niewiele, większość unickie. Dla przypomnienia: w prawosławiu najbardziej rozpowszechniony jest krzyż o trzech belkach - najniższa ukośna; unici używali krzyża o dwóch ramionach, a jeśli trzech to dolna belka najczęściej pozioma. No i Chrystus na unickim krzyżu jest taki sam jak na katolickim krucyfiksie. Oczywiście, to tak z grubsza, bo jest więcej drobniejszych różnic.







Krzyż z belką prawosławną jest na nagrobku Stefana Bałabana i małżeństwa Pacyków.




Na cmentarzu zachowały się także wysokie na kilka metrów drewniane krzyże na ziemnych mogiłach, co jest charakterystyczne dla tej okolicy.



W  nieznanym miejscu na tym cmentarzu leży prawosławny ksiądz Jan Dolinowski, który mieszkał w Hańsku w latach 1863-1875. Dolinowski był badaczem życia pszczół, konstruktorem pierwszego ula ramowego z całkowicie rozbieralnym gniazdem, autorem trzech podręczników pszczelarstwa. W dobrach parafialnych zakładał sady, prowadził pasieki liczące 300 pni. Dzięki temu oraz pracom konstrukcyjnym i popularyzacyjnym na Lubelszczyźnie, w całym Królestwie Polskim, w austriacko-węgierskiej Koronie Habsburgów i na Podolu nastąpił imponujący rozwój pszczelarstwa. Przed śmiercią długo chorował. Za bezgraniczną pomoc chorym i umierającym w czasie epidemii cholery otrzymał Złoty Krzyż Kapłański. Pochowano go w Hańsku, ale nagrobek nie przetrwał. Mieszkańcy postawili mu pomnik, nie wiem, jakim cudem go przegapiłam, bo podobno stoi na skwerze naprzeciwko kościoła. Obejrzę następnym razem, gdy wybiorę się do Hańska na Święto Pszczół w lipcu, po pyszny miodek:)

Do znanych ludzi pochodzących z Hańska należy także Jan Krzesiak, polski zapaśnik stylu wolnego, trener, olimpijczyk z Atlanty 1996,  7-krotny mistrz Polski wagi piórkowej 1989-1995, ale już tu nie mieszka. Pan Krzesiak jest dowodem na to, że zdolny chłopak z małej wsi też może się wybić i realizować życiowo.

W drodze z Hańska do Urszulina na zaplanowane spotkanie przejeżdżałam w pobliżu ścieżki Czachary na terenie PPN, więc zeszłam na szlak.







Zazwyczaj bywam tu latem, gdy roślinność jest bujna i kwitnąca, pełna motyli i ptaków. Wysokie trawy zakrywają bagno, teraz widać, że jest to ono naprawdę.




 
Po zejściu ze ścieżki, przez poleskie krajobrazy zieleniejące się oziminą, dotarłam do Ośrodka Edukacyjnego PPN w Urszulinie. 





W sali środka PPN zebrało się nas ponad 80 osób dorosłych i osobno gromada dzieci. Na początku, my dorośli, przez około 40 minut słuchaliśmy wykładu dr Romualda Mikuska na temat życia sów w Polsce, ich gatunków i zwyczajów, oglądaliśmy zdjęcia oraz fragment filmu pana Artura Tabora i naszego prelegenta: 



Potem podzielono nas na grupy 16-osobowe i ruszyliśmy w teren czyli w Park szukać sów:). Trafiłam do grupy startującej z Łowiszowa. Był w naszej grupie pan dyrektor Parku i w bonusie otworzył dla nas Podlaskie Sioło. Co prawda byłam już tam na warsztatach robienia masła i pieczenia proziaków, ale chętnie zajrzałam wraz z innymi jeszcze raz. 
Nie mam takiego aparatu, którym mogłabym zrobić zdjęcia nocne, niestety, ale wrażenia z tej wyprawy zostaną ze mną na długo. Kto potrafi, niech sobie to wyobrazi. Las ciemny, czarny. Piaszczysta ścieżka, po której można iść bezszelestnie. Cisza wokół i tylko słychać jakieś nieznanego pochodzenia trzaskanie suchych patyków w gęstwinie, niepokojący szum wiatru w gałęziach. A nad głowami miliony gwiazd! Widać Uran i Orion, Gwiazdę Północną i Niedźwiedzicę, i Aldebaran i jeszcze inne nieznane mi gwiazdozbiory... I od czasu do czasu przeleci jakiś sputnik... magia czarnej leśnej nocy:) I my w tej ciszy drepczący wężykiem jeden za drugim, ktoś na początku przyświeca mdłym światełkiem, ktoś doświetla kierunek marszu światełkiem czerwonym. W tych ciemnościach i ciszy nasz przewodnik doprowadził nas do wieży na Durnym Bagnie.

 
Sowy nie usłyszeliśmy, ale akurat dla mnie to żadna strata. Codziennie je słyszę, bo mieszkają w starych drzewach za domem. Każdego wieczoru od około dwóch tygodni usypia mnie puszczyk samiec swoim huhu.... huhuhuhu.. a niedługo po zmierzchu samice będą wołać kjuwiiit...:) Widziałam też w ubiegłych latach, jak trzy małe puszczyki uczyły się na huśtawce przed moim domem latać i widziałam jak tnne trzy dorosłe bawiły się na uschniętym drzewie. Podczas tej wycieczki nie czułam się zatem zawiedziona, gdyż wynagrodziły mi to inne wrażenia i pogawędki z innymi uczestnikami pod wieżą.

 
Na koniec zostaliśmy zaproszeni na ognisko, była zupa grzybowa, bigos, kiełbaski z grilla, gorąca herbatka i gorące ognisko:)

 
Do domu wróciłam około 23.00. To moja druga wycieczka z pracownikami PPN, poprzednia to było jesienne Pożegnanie Żurawi. Został mi jeszcze Dzień Łosia we wrześniu, też chętnie skorzystam.