poniedziałek, 6 lipca 2026

Hołowno - Kraina Rumianku, Polesie Lubelskie

Hołowno to mała wioska leżąca na Lubelszczyźnie w powiecie parczewskim. Mieszka tam zaledwie około 160 osób, ale widać, że jest to społeczność bardzo zaangażowana w kultywowanie tradycji swoich przodków. W Hołownie pojawiliśmy się, ponieważ komuś "z daleka" chciałam pokazać prawdziwą wieś, z ogródkami przy domach, bez strzyżonych trawników i kostki na podwórku. I udało mi się:)

Hołowno ma też coś, czego nie mają inne, nawet większe wsie: prężnie działające grupy kobiece. 

Przede wszystkim: Kraina Rumianku. Założyła ją pani Gabriela Bilkiewicz. Stąd pochodził jej nieżyjący już mąż Janusz Bilkiewicz. Pani Gabriela po studiach została dyrektorką miejscowej szkoły, potem założyła wraz z innymi mieszkańcami wsi Stowarzyszenie Aktywizacji Polesia Lubelskiego. Stowarzyszenie przejęło w 2001 roku od gminy budynek nieczynnej od piętnastu lat szkoły w Hołownie. Samodzielnie, własnymi rękami, mieszkańcy wyremontowali budynek i tak powstał Ośrodek Edukacji Regionalnej.

Umeblowali pracownie etnograficzne starymi sprzętami przekazanymi przez mieszkańców. W prace zaangażowały się starsze mieszkanki wsi. Posiały poletko lnu, a potem uczyły dzieci, jak wygląda proces od posiania do utkania płótna. Stowarzyszenie otrzymało wtedy 80 tys. zł dotacji na szkolenia z zakresu tworzenia wiosek tematycznych. Okazało się, że Kraina Rumianku to jeden z najlepiej zrealizowanych małych projektów w Polsce. Dostali nagrodę za kultywowanie lokalnej gwary – języka chachłackiego, którym mówi się na pograniczu polsko-biało­ruskim i polsko-ukraińskim. Stowarzyszenie stworzyło grę terenową i napisało scenariusze, m.in. do przedstawienia „Szeptucha i Czmut”. Część scenariuszy powstała we współpracy z Muzeum Wsi Lubelskiej. Było haf­towanie rumianków i malowanie garnków w rumianki. Do Hołowna zaczęły przyjeżdżać coraz liczniej grupy z całej Polski. Do pracy z nimi zatrudniono wykwalifikowanych specjalistów.

Teraz Kraina Rumianku to piękna wioska tematyczna, w której dzieci i  dorośli mogą doświadczyć jak żyli, pracowali i odpoczywali nasi przodkowie. Baza noclegowa pozwala na dłuższy pobyt nawet 40 osób, w tym w domu z gliny i stuletnim domu drewnianym. Tylko upraw rumianku w okolicy już nie ma...



 


Den domek po prawej zbudowany jest ze słomy i z gliny.

Od piątku każdego wieczora w ten weekend odbywa się inscenizacja wiejskiego wesela, dziś w niedzielę, przeprowadzka młodych małżonków do domu pana młodego, ale to na koniec dnia. A my najpierw spacerujemy po wiosce i oglądamy piękny ogród.





Wiejskie SPA - sucha sauna, japońska beczka, domek masażysty...







Galeria obrazów i fotografii.










Kiedy my spacerowaliśmy, koła gospodyń wiejskich przygotowywały stoiska z żywnością. Spożytkowaliśmy ten czas, aby udać się pieszo prawie 2 km do  Manufaktury Zielarskiej. Po drodze wypatrywaliśmy starszych domów i zauważyliśmy, że wiele jest opuszczonych, natomiast jest też dużo nowych murowanych.


 
Zupełnie nieoczekiwanie wśród płaskich jak stół pól zauważyliśmy wiejski cmentarzyk.

 
Zaraz za bramką zwraca uwagę grób żołnierzy radzieckich "pogibszych" tu 3 listopada 1943 roku, nagrobek pozbawiony już radzieckich symboli.


Jest tu sporo śladów poprzednich mieszkańców, nie tylko w ukraińskich napisach na cmentarzu, wszak  to region pogranicza, ale też do dziś u najstarszych mieszkańców można usłyszeć unikalną gwarę chachłacką, łączącą wpływy polskie i ukraińskie. 





Jak na moje oko to unicki XIX-wieczny nagrobek, zapewne najstarszy na tym cmentarzu.
Opuszczamy to miejsce pełne lokalnej historii i idziemy za znakami:)








No i jesteśmy. Manufaktura Zielarstwa działa w ramach Stowarzyszenia Aktywizacji Polesia Lubelskiego. Jest tu kuchnia do produkcji zielarskich specyfików, sklepik, ogród i przemiła pani, która to wszystko wyczarowuje własnymi rękami i pięknie o tym opowiada:)




 
Zaopatrzyłam się w dwie flaszki owocowych octów i poszliśmy oglądać ogród, który daje materiał do produkcji zawartości tych flaszek, torebek  i słoiczków. Ileż tu zapachów i kolorów, coś wspaniałego! A ile owadów w ogrodzie! I żaden mnie nie zaatakował:)

Na pniu taka krasnoludkowa kraina, sama bym się pobawiła:)

















 
Na każdym kwiatku inny owad:)






Zakwitła wierzbówka, to znak - trzeba planować wyjazd w góry:)





 
Nie wiem, co to za roślina, ale w przyszłym roku musi być w moim ogródku!:)



 
Czerwona porzeczka będzie na ocet owocowy.



 
Rundka po ogrodzie zrobiona, pomidory na podwyższonej grządce podziwiane z każdej strony, czas wracać na wiejskie improwizowane wesele. 
Wracamy, a tam jeszcze śpiewy. To idziemy jeść (ja kotlety z kaszy z sosem z prawdziwków, pyszne!) i słuchamy wiejskich przyśpiewek do tych kotletów:) Kupuję też u miłej pani pszczelarki miód kręcony na zimno z cynamonem. Na zupę "Zośka" już się nie załapaliśmy, a szkoda, byłam ciekawa jej smaku, lubię zupy-krem. A bo był też konkurs kulinarny i ta zupa brała udział wraz ze swoją historią. A historia jest taka (opowiedziana przez potomkinię bohaterów ze wsi Kudry):



Śpiewające panie z Dębowej Kłody

 
A to panie z Sosnowicy ustrojone w strój ludowy włodawski wg wyglądu z końca XIX wieku.  Odświętne koszule mają przy rękawach falbanki i są zdobione haftem tkackim tzw. pereborami i peretrykami na ramionach, na kołnierzyku, u dołu rękawów i na mankietach. Lniane zapaski  u dołu również ozdobione są pereborami. Dokładne pochodzenie motywu nie jest znane, jego charakter może sugerować powiązania wschodnie, bo forma i niektóre motywy zdobnicze wskazują na podobieństwo z kobiercami azjatyckimi.

Panie pośpiewały, a panowie zajechali wozem.


 
Wóz przyprowadził świeży żonkoś, bohater wczorajszego wesela, aby nim zabrać posag swojej młodej żonki. Taki tłum się na tę okazję zgromadził, że nie śmiałam się przepychać, więc co widzieliśmy to nasze, a tu kilka ledwo co klikniętych słabych kadrów.
Tymczasem zaczęło padać, niektórzy widać byli bardzo spragnieni:)




 
Młody mąż stawił się z ojcem w domu rodziców po żonę i wiano, a żona od rodziców iść nie chce:) Prośbami i groźbami w końcu wyprowadził z alkierza. Śpiewano im z tej okazji taką piosenkę, oczywiście w stylu zawodzącym, ale ja ją wolę w wersji Joryja Kłoca:) 
ps. oglądałam to pewnie przez kilka lat z 10 razy i dopiero teraz zauważyłam, że przez dwie sekundy szaleje  w teledysku znajomy z ukraińskich wypraw wiecznie uśmiechnięty Marcin P.:)



 
Zaczęło się wynoszenie wiana..;)




 
Ale jak teść chciał wyżymaczkę zabrać, cała rodzona Młodej się sprzeciwiła i po walce wyżymaczkę uchroniła:) Dali za to młodym dwie morgi ziemi i obraz święty, jak tradycja nakazuje:)
ps. mnie się zdaje, że na wsi po kościelnym ślubie nadal Młodzi dostają obraz święty.



Dziewczyna  grająca młodą żonę była tak autentyczna, że aż mi się żal zrobiło z powodu jej zamążpójścia:)



 
Młodą z posagiem wiozą do teściów, którzy czekają z chlebem i solą... ups! soli zapomnieli:)







Na koniec wszyscy idą na poprawiny, orkiestra już czekała:)

A my poszliśmy obejrzeć wieś. Nowych domów nie pokazuję, ale gospodynie tutaj mają  piękne warzywniki i ogródki, pozazdrościć. Obejścia uporządkowane, czyste, domy zadbane,  typowo wiejskie. Zauważyliśmy tylko jeden dom na około sto, który był "goły" czyli przystrzyżona połać równiutkiego trawnika, ani jednego drzewa na całej posesji i w połowie terenu kostka, kompletnie odstający od okolicznych posesji, taki obcy w ich sąsiedztwie.

Przy drodze zauważyliśmy wiejskie ławeczki, dowiedziałam się, że to taki sposób na integrację społeczności wzorem dawnych ławeczek tradycyjnie stawianych przed domami. Jest ich na wsi 12.





 
Zieleń w  całości pożarła porzucone gospodarstwo, za rok pewnie przykryje dachy...






Robi się późno, nadciągają czarne chmury, wracamy do domu...