Ostatni tydzień ferii, ostatni dzwonek na zimową podróż. W przeddzień wyjazdu koło domu spacerowałam z psem po zaspach śniegu, oglądając tropy saren i łosi. Następnego dnia ruszyłyśmy w kierunku Zakopanego, jak było jeszcze ciemno - ja i nieletnia:) Im bliżej gór, tym bardziej rzedły nam miny, śniegu było jak na lekarstwo. 430 km od domu przywitało nas zapłakane Zakopane. Z cukru wszak nie jesteśmy, więc od razu poszłyśmy na rekonesans. Trafiło na Dolinę Białego - postanowiłyśmy dojść do Sarniego Wodospadu żółtym szlakiem od okolic krokwi. To teren Tatrzańskiego Parku Narodowego, bilety online kupiłam od razu na cały pobyt, żeby potem się o to nie martwić.
Dolina Białego to jeden z najpiękniejszych szlaków w Tatrach. Cała dolina jest objęta ochroną ścisłą.
Nazwa doliny podobno wzięła nazwę od białej piany, która powstaje na wodach Białego Potoku, który płynie dnem doliny. Spadek potoku średnio wynosi ok 187 m/km a maksymalnie nawet 212 m/km, a to powoduje tworzenie się piany i charakterystycznych kotłów wirowych, które są drążone przez leżące na dnie skały wprawiane w ruch przez płynącą wodę. Potok Biały obecnie jest niespecjalnie duży, ale górale mówili, że tak mało wilgoci jak tej zimy to w górach już dawno nie było. Trasa jednak jest bardzo przyjemna, mimo, że zachmurzenie bardzo duże i w powietrzu wisi mgła.
Jakąś oblodzoną jaskinię nawet znalazłyśmy:)
Tu był koniec naszej pierwszej wycieczki w góry, taka krótka rozgrzewka przed kolejnymi wyprawami. Niedaleko jest niedostępna dla turystów Polana Białego. Tutaj w latach 50-tych XX wieku szukano złóż uranu, dlatego też była ona pilnie strzeżona i okryta tajemnicą. Obecnie utworzono tam obszar ochrony ścisłej, dzięki czemu jest tam od lat nie zmieniona przez człowieka tatrzańska przyroda.
Dalej szlak prowadzi do Sarniej Skały, ale to nie z nastolatką i nie zimą. Wracamy do innych rozrywek. W okolicach krokwi odwiedzamy Snowlandię ze śnieżnym labiryntem. Dowiedziałyśmy się, że wyprodukowanie sztucznego śniegu oraz wybudowanie całego labiryntu zajmuje około dwóch miesięcy i jest możliwe tylko podczas ujemnych temperatur. I nie ma się co śmiać, ale zgubiłyśmy się w labiryncie, raz obie razem (jak i większość z odwiedzających:), a potem każda z osobna:) Dobrze, że nie mamy klaustrofobii, bo łatwo tu dostać ataku paniki:)
Z trudem udało mi się pstryknąć, gdy nie było nikogo w zasięgu, bo w rzeczywistości co chwila zza każdego węgła wybiegał jakiś z lekka spanikowany osobnik/osobniczka z pytaniem, którędy do wyjścia:) Łatwo nie było... Nawoływanie się nic nie dawało, bo drobne kryształki lodu w ścianach labiryntu układają się warstwowo tworząc naturalną barierę akustyczną. Taka porowata struktura skutecznie pochłania fale dźwiękowe, tak samo jak materiały wygłuszające używane w budownictwie czy akustyce.
Wysokość śnieżnych murów wynosi 2,5 m. 1 marca labirynt zostanie zburzony.
Tuż obok obejrzałyśmy także ogromne płaskorzeźby śniegowe w śnieżnym igloo.
Sama nigdy bym takich rozrywek nie wybrała, ale wiadomo, ferie, więc Młoda rządzi:) Zarządziła jeszcze Krainę Świateł na Gubałówce złożoną z prawie 2 milionów ledowych, ekologicznych lampek. Wjechałyśmy kolejką, co w ciemnościach było nawet fajne, gdyż z każdym metrem odsłaniał się widok na oświetlone miasto. Na szczycie faktycznie zastałyśmy wiele instalacji świetnych. Nie miałam ze sobą na wyjeździe dobrego aparatu, aby zrobić ładne zdjęcia, ale kilka na pamiątkę pstryknęłam telefonem.
Po kolacji w restauracji na Gubałówce, poszukałyśmy autobusu, aby wrócić do wynajętego mieszkania. Według aplikacji przeszłyśmy ponad 12,4 km i nogi nam już prawie odpadały, a to przecież dopiero początek pobytu:)














Brak komentarzy:
Prześlij komentarz